Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sitri. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sitri. Pokaż wszystkie posty

piątek, 5 kwietnia 2019

Odejście


Z przykrością informuję, iż Sitri odchodzi. Dziękujemy za wspólne miesiące, opowiadania i nie jedną poprawę humoru!

czwartek, 17 stycznia 2019

Od Sitri'ego c.d.Theor'a

-Dobrze, omówimy to na osobności. Reszta niech przygotuje się do nowych obowiązków.
Koniec narady.- zarządziła wilczyca, zabierając mnie do sali obok. Zanim jednak zdążyłem nabrać
powietrze w płuca, Yunge rozwiała moje wątpliwości.- Theor widzi rzeczy takimi, jakimi są one
naprawdę. Nie mamy się czego obawiać. Nasi młodsi towarzysze na pewno sobie poradzą. Z resztą
dołożyłam Levithan`owi dyżury, tak więc będzie ich kontrolował, dopóki nie będziemy mieć pewności,
że poradzą sobie z nowymi niebezpieczeństwami. - wyjaśniła pospiesznie.
-Cóż, przyznaję, iż czuć w naszych latoroślach niebywałe pokłady energii. Nie śmiem wątpić w to, że
Lacerta i Teneko dobrze wychowały swe dzieci, myślę nawet, że zrobiły to z mistrzowską precyzją.-
uśmiechnąłem się delikatnie.- Jednakże szczenięta to nie cała wataha... Doskonale widzę jak bardzo
przytłacza Cię ostatni niefortunny zbieg okoliczności.- zauważyłem siadając. Nieprzyjemne uczucie w
kościach podpowiadało mi, że to nie będzie ani krótka ani przyjemna rozmowa.
-Nie mogę pogodzić się z myślą, że jej tu nie ma...
Alfa usiadła nieopodal, spuszczając głowę. Widok skrywanych przed wszystkimi łez,
spychanych na dalszy plan emocji, które rozrywały jej serce oraz miażdżąca odpowiedzialność ciążąca
na waderze była okrutnym obrazem. Ciężko było mi się w jakikolwiek sposób odezwać. Zanim
zostałem wilkiem, pochowałem garnizony żołnierzy służących pode mną, przyjaciół o których miałem
dbać a których zawiodłem, niewinnych, którzy znaleźli się w złym miejscu o złym czasie... Wykonując
rozkazy w imię rycerskiej dumy zatraciłem część tego, co właśnie gnębiło Yunge. Znając nieomal na
pamięć rysy twarzy śmierci, tak wiele razy ściskając jej oziębłą dłoń... Zgorzkniałem. Uparłem się, że
muszę walczyć aby ich śmierć nie poszła na marne. Musiałem walczyć aby przecierpieć straty, których
odzyskać nie mogłem. Musiałem walczyć aby nie zapomnieć jak bardzo przysłużyli się sprawie. Do
czasu... czasu w którym stałem się beznamiętną maszyną do zabijania, podążającą jedynie za
rozkazami nie godzącymi we własny kodeks moralny. Zgorzkniałem, bo tego nauczyło mnie
doświadczenie. Zgorzkniałem, bo walka zabiła we mnie uczucia. Zgorzkniałem, bo moje serce zostało
w dłoniach innego. I tylko tam mogłem je odnaleźć.
-Jung... Musisz być silna. To minie. Zobaczysz.- szepnąłem spuszczając wzrok, gdy wadera podniosła
na mnie swoje załzawione spojrzenie.- Ci, którzy odchodzą są naszą tarczą. Nie pozwolą nam zrobić
kroku wstecz. Musimy iść na przód aby ich nie zawieść.
-Theor mówi, że widzi jakąś postać... Kroczy za Tobą przerażona i zagubiona a za razem wściekła i
pełna nienawiści. Niesie sztandar na którym widnieje herb z białą lilią oraz sową. Mówi, że jeżeli
przyjdzie czas i konieczność to ujawni prawdę przed innymi. Sitri, mamy się czego obawiać? Podobno
jesteś kimś innym niż nam się wydaje... Theor nie jest pewny kim dokładnie ale obiecał się tego
dowiedzieć. Walczysz z nami ramię w ramię a tym czasem dowiaduję się, że możesz okazać się
naszym wrogiem.- warknęła rozżalona.- Dzierżysz ważne stanowisko Sitri, więc jeżeli wiesz cokolwiek
to jesteś zobowiązany mi to przekazać.
Poczułem jakbym oberwał obuchem w łeb. W jednej chwili zdałem sobie sprawę, że ktoś miał
świadomość o istnieniu drugiej strony mojej osoby a na dodatek może ją upublicznić. Sytuacja stała
się niebywale niekomfortowa. Z jednej strony pragnąłem przedstawić wszystko jak na spowiedzi, z
każdym nawet nieistotnym szczegółem a z drugiej doświadczenie przypominało jak to się zawsze
kończyło. Pięć lat tułaczki, ucieczki i walki o przeżycie bo obraz tego co przedstawiało moje ciało przez
kilka dni w roku, których za żadne skarby nie byłem w stanie pominąć, budził w wilkach odrazę...

Nawet w chwilach, w których chciałem dać sobie spokój z poszukiwaniami Księcia, w chwilach w
których chciałem po prostu odpocząć, znaleźć swoje nowe miejsce w świecie, ta jedna rzecz
rujnowała wszystko, zmuszając do dalszej tułaczki. Może właśnie dlatego tak bardzo go szukałem?
-Jung nie masz się czego obawiać. To tylko niewielka zmiana, która nie rzutuje na pełnione przeze
mnie funkcje.- odparłem wzdychając.
-Więc kim tak na prawdę jesteś?- nalegała.
-Przepraszam ale nie powinienem tego mówić. W swoim czasie przedstawię Ci wszystko tak jak
powinienem jednakże jeszcze nie nadszedł ten czas. Wybacz mi.
-Ratuje Cię to, że czuję w Tobie dobre choć zagubione serce. Nie daj mi powodów do zmartwień. A
teraz zmykaj na nadmorskie klify wraz z Theorem. Chcę pobyć sama. Jak skończycie patrol,
sporządźcie dla mnie raporty. Oboje.- zdecydowała po czym wymknęła się z sali.
Byłem zły. Dlaczego? Bo kiedy w końcu poczułem, że zbliżam się do tego, czego tak bardzo
szukałem, ktoś perfidnie mi w tym przeszkadzał. Powierzyłem watasze to co pozostało mi z serca a
tymczasem ktoś za moimi plecami śmiał podważać moje postępowanie... Niedoczekanie!
Wyszedłszy z jaskini od razu ruszyłem w kierunku Theora, który prawdopodobnie mnie
wyczekiwał. Solidny basior, którego mogłem poznać podczas uczty, patrzył na mnie lekceważąco a za
razem z obrzydzeniem.
-Długo mam za Tobą czekać? W przeciwieństwie do Ciebie mam zamiar zrobić to szybko i solidnie!-
warknął.
-W przeciwieństwie do Ciebie, potrafię uszanować rozmówcę.- mruknąłem zdegustowany. Wizja
spędzenia dnia z tak wrednym towarzyszem, nie była zbyt przekonująca.
-Rusz się gówniarzu, nie będę czekał i dawał ci forów.
-Zaraz się okaże, kto tu komu daje fory.- prychnąłem rozbawiony.
Wilk ruszył pędem przed siebie, mianując się dowódcą naszej dwuosobowej wyprawy.
Ruszyłem za nim pamiętając słowa alfy, które głośno rozbrzmiewały mi w głowie: " Nie daj mi
powodów do zmartwień." Postanowiłem nie dać się sprowokować rozżalonemu basiorowi, który
zachowywał się jakby pozjadał wszystkie rozumy. Moc mocą, jednakże miałem wrażenie, że
przemawia przez niego coś innego, czego nie byłem w tej chwili w stanie określić. Na moją niekorzyść
nasz mędrzec od siedmiu boleści nie zamierzał dzielić się jakimikolwiek informacjami a jedynie rzucał
co jakiś czas wyzwiska w moim kierunku. Będąc w watasze udało mi się poprawić swoją sprawność
fizyczną jak i psychiczną. Biorąc pod uwagę naszą dwójkę, miałem pewność że jeśli doszło by między
nami do walki, nie będę mógł korzystać z wszystkich swoich umiejętności i siły. Jung narzuciła mi
swego rodzaju kaganiec, którym związała mi skutecznie łapy. Mimo bycia silniejszym, tak na prawdę
nie mogłem tego wykorzystać... Cóż za irytująca sytuacja! Jednakże czego się nie robi dla miłości?
Dopiero kiedy dotarliśmy na plażę, dotarło do mnie jak destrukcyjna burza wisiała w
powietrzu, pomimo bezchmurnego nieba. Wtedy wilk pokazał to, co gotowało się w nim od dawna.
To o czym nie miałem zielonego pojęcia.

-Słuchaj mnie teraz uważnie nędzny oszuście. Nie mam pojęcia czego szukasz w naszej watasze ale
gwarantuje Ci, że zapłacisz mi za dzisiejszą zniewagę własną skórą, jeżeli zobaczę Cię tu jeszcze raz.
Dotarło?! Masz się stąd wynieść zapchlony łgarzu! Wracaj tam gdzie Twoje miejsce i przestań
okłamywać wszystkich wokół!- warknął szczerząc kły.
-Każdy ma prawo do szczęścia. Nie zrezygnuje ze swojego tylko dlatego, że jakiś stary pryk ma
czelność oskarżać mnie o coś, czego się nie dopuściłem!
-Nie będę powtarzał...Masz stąd wyp* *przać ile sił w łapach bo inaczej Ci je wszystkie powyrywam!
-A ja nie mam zamiaru się ugiąć. Nie skłamałem ni razu! Przyjdzie czas kiedy będę mógł to wyjaśnić a
wówczas to zrobię.- mruknąłem przybierając postawę bojową tak jak mój towarzysz.- Nie jesteś
najmądrzejszy. Nie będziesz rządził moim życiem zgryźliwy tetryku.

(Theor dokończysz? Wybacz iż słabe aczkolwiek kiepsko idzie mi pisanie ostanio)

wtorek, 18 grudnia 2018

Od Sitri'ego c.d.Lei

-Nic mi nie jest, powtarzam po raz ostatni...- westchnąłem chcąc uciec jak najdalej od Alfy, Lacerty i Absolema. Jung Yunge katowała mnie swoim przerażonym lamentem od ponad godziny, oczywiście nie do końca wiedząc co się stało. -Obiecuję, że popracuje nad zwinnością. - dodałem chcąc ją jakoś obłaskawić.
Jednak to nie przekonało zmartwionej wilczycy, która coraz bardziej się nakręcała. Wytykała wszystko co tylko mogła aby zatrzymać mnie w jaskini chociaż na parę dni. Ostatecznie nie miałem innego wyjścia jak tylko skapitulować pod groźbą związania i unieruchomienia na amen.
-Na trzy dni zostajesz zwolniony z obowiązków. W tym czasie masz odpoczywać i pod żadnym pozorem się nie przemęczać. Będę Cię sprawdzać!- warknęła zła gdy pozostali opuścili już moją kwaterę.- A teraz łaskawie wyjaśnisz mi co się stało?
Tego dnia przegrałem dwa razy. Najpierw z nadopiekuńczością Alfy, potem z jej przenikliwym wzrokiem...

~Trzy dni później.~

Wraz z Lupo i Theor`em otrzymaliśmy zadanie, którym było sprawdzenie naszych granic tuż przed śnieżycą. Jung Yunge chciała mieć pewność, że wataha będzie bezpieczna podczas gdy większość traktów zamieni się w zaspy. W ostatnim czasie na naszych terenach mogło zagnieździć się "coś", o czym nie mieliśmy pojęcia. Na dodatek po śnieżycy utknęli byśmy z tym "czymś" aż do wiosny, więc bez problemu zgodziliśmy się z Alfą. Oczywiście nie obyło się od szczególnych wytycznych, z których nie odpowiadała mi jedna decyzja, a mianowicie ta, która zakazywała mi walki. Przełknąłem jedynie ślinę, nie chcąc grabić sobie u Jung jeszcze bardziej. Co za uparta wilczyca...
Najpierw ruszyliśmy przez las w kierunku pustkowia, by jak najszybciej dotrzeć do granicy. Biały śnieg pomagał dostrzec wszelakie tropy a wiatr działał na naszą korzyść. Niestety zanim zdążyliśmy opuścić rozległy las, dotarły do nas opady śniegu. Mimo to brnęliśmy dalej, mając na względzie bezpieczeństwo watahy. Pod wieczór postanowiliśmy rozbić prowizoryczny obóz . Nazbieraliśmy nieco opału a Lupo rozpalił ognisko. Temperatura spadała więc postanowiliśmy rozgrzać się przed dalszą wyprawą. Nie zdążyłem dobrze rozgrzać zmarzniętych łap, gdy ni stąd ni zowąd Lupo zaczął kłócić się z ... szczeniakiem? Nie miałem pojęcia skąd młoda wilczyca wzięła się tutaj a na dodatek kompletnie sama. Zabrałem więc młodą damę na stronę by porozmawiać z nią sam na sam a Theor w tym czasie uspokajał Lupo. Poznawszy Lee, wypytałem ją o najważniejsze rzeczy. Byłem w szoku, gdy usłyszałem, że młodziutka waderka przybyła sama, nie do końca wie gdzie się znajduje a na dodatek miała czelność zadzierać nosa i oskarżać nas o niszczenie śniegu.
-Chciał bym Cię z kimś poznać. Należymy do Watahy Lodowego Księżyca i myślę, że nasza Alfa nie będzie miała nic przeciwko, jeżeli zechcesz zostać z nami.- zaproponowałem, szukając najbardziej odpowiednie wyjście z sytuacji. Lea zamrugała kilkakrotnie po czym w jej oczach pojawiły się dziwne iskierki. Mimo to zgodziła się z lekkim uśmiechem. Wróciliśmy więc do pozostałych aby się przegrupować.
-Zabiorę naszą młodą damę do Jung i zdam raport a wy zajmiecie się ukończeniem misji?- zaproponowałem na co Theor zgodził się bez przeszkód. Jedynie Oblivion mruczał coś pod nosem co drugi wilk szybko mu wyperswadował szturchnięciem łapą w bok.
Pożegnawszy się z towarzyszami, ruszyłem w drogę powrotną. Lea wydawała się być pewną siebie wilczycą. Mimo wszystko była jednak tylko szczeniakiem, przez co w połowie drogi zauważyłem, jak zaczynają plątać jej się łapki a odgłos ziewania zwiększył częstotliwość.
-Wezmę Cię na grzbiet. Będzie Ci cieplej a ponadto dotrzemy szybciej do Watahy.-zaproponowałem.
-Nie ma mowy! Sama sobie poradzę! Pokaże Ci jaka jestem silna-ahh!- naburmuszyła się, ziewając po raz kolejny.
-Nie twierdzę iż jesteś słaba. Uważam jednak, że lepiej się pospieszyć.- odparłem chcąc ją jakoś przekonać.
Lea jednak dalej upierała się przy swoim, więc ruszyliśmy dalej. Po kilku kilometrach zmęczona waderka potknęła się, przez co wylądowała w zaspie. Prychnąłem widząc jedynie wystający z śniegu, machający w wszystkich kierunkach ogon. Wyciągnąłem samiczkę z zaspy, która teraz wyglądała nie tylko na zmęczoną ale bardzo zmarzniętą.
-Ponawiam propozycję młoda damo.- rzuciłem kładąc się obok wilczycy.
-Dobrze ale jesteś dla mnie tylko transportem!- zaznaczyła wdrapując się na mój grzbiet.
-Wedle życzenia.- zaśmiałem się, przyspieszając kroku.
Po parunastu minutach poczułem jak Lea wtula się w moje gęste, zimowe futro. Otulona nim zasnęła spokojnie. Uważając więc na śpiocha, maszerowałem przed siebie, przedzierając ciemną, śnieżną noc.
Kiedy dotarliśmy do watahy, oboje przypominaliśmy bałwanki. Nie budząc malucha skierowałem się do Yunge , która właśnie czytała jakąś księgę.
-Witaj.- szepnąłem- Przyniosłem małą wojowniczkę, która miała czelność kłócić się z Lupo.
Przedstawiłem Alfie naszą nową członkinie po czym oddałem malucha w jej łapy.

sobota, 1 grudnia 2018

Od Sitri'ego - Quest Świąteczny #1

Na terenach watahy zawitały pierwsze mrozy, przynosząc ze sobą spory balast w postaci śniegu. Nie powiem ażebym był z tego faktu wybitnie zadowolony jednakże to zawsze jakaś odmiana. W końcu biały puch przykrył wszechobecne błota i przegniłe liście, sprawiając iż las wyglądał niczym posypany cukrem pudrem. Uśmiechnąłem się pod nosem, przypominałem sobie jak kilka lat temu w niemalże identycznych warunkach ścigałem się po zamarzniętym jeziorze z kompanami. Ahh to były czasy! Wziąłem kolejny głęboki oddech, gdy nagle ... oberwałem śnieżką!
-Mam Cię Oriabi!- zakrzyknął czarno-czerwony wilczek wyskakując zza krzaków.-Oj... Prze-przepraszam?- zająknął się.
Spojrzałem na niego srogo, marszcząc brwi. Czyżbym znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie? Nie zdążyłem nawet nabrać śniegu w łapy gdy oberwałem kolejnymi śnieżkami w plecy. Obróciłem się w kierunku napastnika, który jak się okazało nie pracował w pojedynkę. Teneko wraz z Oriabi właśnie przypuszczały atak na młodego samca a przy okazji na mnie. Nie czekając na jakiekolwiek zaproszenie, dołączyłem do zabawy. Wskoczyłem za pobliską zaspę gdzie po kilku sekundach zawitał także Elver, wyraźnie zbombardowany przez wilczyce. Rozchmurzyłem się, nabierając coraz większej ochoty na zabawę. Cóż, aż tak stary jeszcze nie jestem, ha!
-Nasza męska duma właśnie została wystawiona na próbę. Nacieramy w ramach odwetu?- zapytałem z uśmiechem zdezorientowanego szczeniaka, na co ten kiwnął głową zadowolony.
Wyrównawszy szansę przystąpiliśmy do ataku. Ja natarłem od frontu a młodzieniec w tym samym czasie skradał się na terytorium wroga ażeby zaatakować od tyłu. Kiedy dotarł do określonej pozycji rozpoczęliśmy ostrzał z dwóch stron, przez co damy zmuszone były się wycofać w głąb lasu. Walczyliśmy ładnych parę godzin, na zmianę bawiąc się w podchody niczym partyzanci na polu bitwy, jednak kiedy zaczęło się ściemniać, postanowiliśmy zawrzeć chwilowy sojusz. Umówiliśmy się na kolejną bitwę, tym razem chcąc zaprosić do zabawy jeszcze więcej wilków aby zwiększyć poziom radości do maksimum. Odprowadziłem Teneko wraz z maluchami do jaskini po czym udałem się na spoczynek. Jutro miała rozegrać się kolejna, większa bitwa, w której prawdopodobnie weźmie udział cała wataha. Ciekawe czy los będzie nam sprzyjał?

piątek, 30 listopada 2018

Od Sitri'ego - Quest Świąteczny #2

Tego dnia obudziłem się wcześniej niż zwykle. Siarczysty mróz dotarł nawet do najdalszego zakamarka jaskini przez co zmuszony byłem rozważyć jakiekolwiek działania zaradcze aby na przyszłość nie obudzić się ze szronem na uszach, albo kto wie w o wiele gorszych miejscach. Brrr! Zima to jednak upierdliwa pora roku. Pozornie cieszymy się, że spadnie śnieg ale tuż po świętach zaczynamy z tęsknotą wyczekiwać na wiosnę.
-Puk puk!- zaśmiała się Jung Yunge, która właśnie wkroczyła w moje skromne progi.
-Witaj Sitri! Wybacz, że tak wcześnie ale chciałam Cię prosić o pomoc. Jesteś zainteresowany ?
-Coś poważnego?- zapytałem, bacznie się jej przyglądając. Nie wiem dlaczego ale wilczyca wydawała mi się zadziwiająco zadowolona a wręcz radosna?
-Jak dobrze wiesz, święta tuż tuż więc wpadłam na pomysł aby zorganizować nam wspólną Wigilię. Nie chciała bym aby ktokolwiek spędził ten wyjątkowy wieczór sam, a szczenięta nie mogą się doczekać niespodzianek ukrytych pod choinką... I tutaj właśnie pomyślałam o Tobie! Gdybyś zajął się tą sprawą była bym niezwykle wdzięczna!- wyszczerzyła się jak nigdy dotąd, co jeszcze bardziej wzbudziło we mnie podejrzliwość. - Zgadzasz się? Jesteś moją ostatnią deską ratunku!
-Są jakieś szczególne wymagania?
-Niewielkie. Nawet ich nie odczujesz. Nie możesz odmówić, tyle szczeniąt na Ciebie liczy rycerzu!
-No to chyba faktycznie nie mam wyjścia.- westchnąłem lekko się uśmiechając. Nie miałem pojęcia, że właśnie zawarłem pakt z diabłem, który zrujnuje mi cały dzień.
-Świetnie! Pamiętaj, że nie ma odwrotu! Tak więc potrzebujemy dwie choinki: jedną taką piętnastometrową na plac główny watahy, obojętnie jakiego gatunku i drugą taką samą, najpiękniejszą w całym lesie do nowej izby głównej, którą w końcu będę miała zaszczyt otworzyć właśnie w Wigilię! Czy to nie cudowne?- zakrzyknęła uradowana, machając ogonem.- Sitri?
Patrzyłem na wilczycę nie do końca kojarząc co tu się tak właściwie stało. Jakimś cudem z jednego drzewka zrobiły się dwa, do tego gabarytowo nie dał bym rady tego przenieść w nienaruszonym stanie nawet gdybym był koniem pociągowym a żeby było śmiesznie, jedno z drzewek miało stać w centrum izby?! Szlak trafił idee przyniesienia maks półtora metrowego świerku, rosnącego nieopodal. Zamrugałem kilkakrotnie z niedowierzania po czym westchnąłem niczym największy męczennik tego świata.
-Zobaczymy co da się zrobić.
Rozpromieniona alfa podskoczyła radośnie, klasnęła w łapy i skierowała się do wyjścia. Tuż przed opuszczeniem jaskini, wzdrygnęła się nagle jakby właśnie przypomniała sobie coś ważnego, po czym odwróciła się i rzuciła przez ramię:
-Ozdoby czekają w kącie sali. Powodzenia!
Patrzyłem jeszcze przez kilka minut w kierunku pustego wejścia do jaskini. Że co proszę? Jakie ozdoby? Jeszcze przed sekundą miałem tylko zdobyć monstrualne choinki a teraz miałem jeszcze je ubrać?! Nie dość, że nienawidziłem kłujących igieł z całego serca to jeszcze taki numer... Oj zapamiętam sobie aby nigdy ale to przenigdy nie zawierać żadnej umowy z alfą kiedy jest w tak bajecznym humorze. Po raz ostatni dałem się wkopać!
-Za jakie grzechy...- westchnąłem zbierając się z jaskini.- Samo się nie zrobi.

Wyłoniwszy się z jaskini, skierowałem się do pierwszej lepszej jaskini sąsiada. Wszystko wszystkim ale zastrzeżeń co do tego abym walczył z chaszczami w walce jeden na jeden nikt nie wysunął, tak więc rozsądniej było to robić w grupie. Pierwszym i jak się szybko przekonałem, najgłośniejszym pomocnikiem został Nibo. Odkąd zaproponowałem mu współpracę, basior rozpromienił się szatańsko niczym Jung Yunge a do tego, zaczął śpiewać świąteczne piosenki, przez cały okres poszukiwań Theor'a i Levithana. Tak więc we czwórkę ruszyliśmy w głąb lasów aby znaleźć wymagane drzewka. Błąkaliśmy się po nim jakieś trzy godziny, szukając drzewka spełniającego wymagania. Jednakże nie było to wcale takie łatwe jak nam się wydawało, ponieważ potencjalne choinki albo były krzywe, albo posiadały kilka odstających w różnych kierunkach czubków, albo zostały zmasakrowane przez zwierzęta. Winnych przypadkach gaduła Nibo protestował, że za taką choinkę sami zawiśniemy jako ozdoby albo, że jest to herezja dla jego oczu czy też co my sobie wyobrażamy uznając taki wiecheć za choinkę idealną. Tak więc szukając drzewka perfekcyjnego, zmuszeni byliśmy po raz pięćdziesiąty słuchać Last Christmas. Nie mając sił słuchać go dłużej, zwiększyliśmy zakres poszukiwań aby ratować swoje biedne uszy, więc najzwyczajniej w świecie szliśmy w szeregu w dużych odstępach.
- Last Christmas, I gave you my heart. But the very next day you gave it away. This year- urwał serenadę, krztusząc się śniegiem. Theor nie wytrzymał i w końcu zrobił to o co każdy z nas z osobna modlił się w duchu.- Za co to?!
-Za katowanie tejże pieśni do porzygu!- warknął wściekle.- Uszy mi więdną więc jak nie przestaniesz to Cię w tej zaspie zaraz zakopie i to definitywnie będą Twoje ostatnie święta.
-Co myślicie o tym drzewku?- przerwałem im kłótnie, wskazując łapą na gigantyczny, gęsty, rozłożysty i na szczęście idealny okaz jodły kaukaskiej.
-Na brodę Świętego Mikołaja! W końcu znaleźliśmy to jedyne drzewko!- zakrzyknął Nibo. Przysiągł bym, że na widok tego krzaka miał w oczach serduszka.
Ja zająłem się ścięciem choinki a Levithan delikatnie za pomocą swoich mocy położył drzewko na śniegu. Z kolei Nibo wraz z Theor`em ciasno związali gałęzie drzewka abyśmy mogli bez większych przeszkód przetransportować je do watahy. Cała akcja poszła sprawnie i gładko, przez co zaczęliśmy mieć nadzieję, że z drugim mniej ważnym drzewkiem lepiej sobie poradzimy. Niestety podczas srogi powrotnej nasz niereformowalny bard ponownie zaczął katować świąteczną piosenkę. Kiedy dotarł do słów: All I want for Christmas is you, nie wytrzymaliśmy jego wokalu. Związaliśmy basiora dokładnie, zwracając szczególną uwagę na najgłośniejszy organ jego ciała zwany pyskiem, po czym przewiesiliśmy go niczym worek na pniu drzewa i transportowaliśmy w ciszy w kierunku watahy.
Niespełnionego piosenkarza uwolniliśmy dopiero przed wejściem do izby głównej. Ledwo to zrobiliśmy a nasze uszy zostały zaatakowane niezdarnie śpiewnymi słowami piosenki Jingle Bells. Nie wierzyłem że wilk jest w stanie tak długo zdzierać gardło i mieć przy tym tyle radości. Moi towarzysze z kolei prawdopodobnie marzyli o tym aby lokalny odpowiednik Kakofonixa w końcu stracił głos i dał im święty spokój. Wnieśliśmy więc choinkę do Izby, nie chcąc tracić więcej czasu a niewyżyty artysta Nibo od razu zaprosił do zabawy w ubieranie choinki wszystkie szczeniaki. Młodziki okazały się o wiele bardziej kompetentne w tejże kwestii niżeli pieśniarz, który sam z siebie zrobił drugą choinkę.
-No Panowie, choinka zapiera dech w piersiach!- ekscytowała się alfa.
-Jeszcze nie! Jeszcze Gwiazda na czubek!- zakrzyknął Nibo, niezgrabnie szukając możliwości zamontowania najważniejszej ozdoby.
Odwróciliśmy się wraz z Theor`em i Levithanem w celu przytaszczenia kolejnego drzewka na plac główny kiedy usłyszeliśmy wołanie o pomoc. Zerknąłem przez ramię w kierunku Nibo, który źle obliczył trajektorię lotu i utknął w połowie choinki tak, iż tylko wystawał z niej jego tyłek i machający nerwowo ogon.
-Nie dość, że przynieśliśmy choinkę, to jeszcze z wbudowaną pozytywką.- zaśmiał się Theor.- Szkoda, że bez wyłącznika i z wiecznie pełnym akumulatorem.
Drugą choinkę przynieśliśmy już we troje, pozostawiając barda w drzewku, gdzie jego miejsce.


*Nie miałem na celu obrazić żadnego wilka tak więc, traktujmy tę przygodę jako żart i rozgrzewkę przed prawdziwymi świętami xd Pozdrawiam!

czwartek, 29 listopada 2018

Od Sitri'ego c.d.Levithana

Rozciągnąłem zdrętwiałe mięśnie gdy basior postanowił sobie uciąć krótką drzemkę. Spędziliśmy cały dzień nad Jeziorem Trzeciej nocy, plotkując o różnych błahostkach, byleby odreagować przygnębiającą aurę. Mimo iż Levithan żywił melancholijne podejście do świata, powoli zaczynał się uśmiechać i reagować bardziej pozytywnie na bodźce zewnętrzne. Chociaż z drugiej strony, mógł dobrze udawać... Mimo to szczerze wierzyłem, że szybko wyjdzie na prostą. Położyłem łeb na wyprostowanych przed sobą łapach. Mieliśmy szczęście, gdyż tej nocy raczył nas odwiedzić Księżyc w pełni. Bezchmurne niebo delikatnie a za razem w całej okazałości eksponowało srebrną poświatę, zdobiąc wszechobecną ciemność setkami gwiazd. Stuliłem uszy wzdychając cicho. Nie raz marzyłem o tym, by wznieść się w powietrze i zostać tam na wieki, zostawiwszy przeszłość raz na zawsze na Ziemi aby móc dotknąć srebrzystej tarczy i na nowo poczuć opuszkami chłód Leraje*! Żałowałem, że położyłem swą dumę na szalę, w zamian za coś, co było nieosiągalne. Takim sposobem straciłem Leraje i to, czego tak namiętnie wciąż szukałem. Zerknąłem na towarzysza, któremu udało się przejść z płytkiej drzemki do silnych objęć Morfeusza. Wciąż nie rozumiałem jak wilk mógł mieć tak podobne oczy do Księcia! Pamiętam do dziś, jak ćwiczyliśmy szermierkę na dziedzińcu. Mimo iż był nieco starszy, nie potrafił dobrze wyczuć swego miecza, notorycznie narażając się na cios z prawej strony, przez co ciągle zarzucałem mu brak skupienia. Ćwiczyliśmy nocami w towarzystwie Księżyca, który był jedynym świadkiem tego tańca. To właśnie on rozbłyskał w naszych klingach dając nam do zrozumienia, że to co może być nieosiągalne wcale takie nie musi być. Mimo tego, iż był tak daleko od nas, notorycznie nas odwiedzał i dopingował abyśmy dążyli do celu za głosem serca.
-Nie idź tam...- sapnął towarzysz wyrywając mnie ze wspomnień. -Nie możesz...
Wilk zrobił się wyraźnie niespokojny, jakby nękany koszmarem. W pierwszej chwili chciałem go obudzić ale na szczęście mara dała mu spokój, dzięki czemu odprężył się, śpiąc dalej. Niestety po kilku minutach wytwór wyobraźni na nowo zaczął go męczyć, więc chcąc nie chcąc, musiałem zrobić to o czym myślałem wcześniej. Wstałem, po czym powoli podszedłem do towarzysza aby trącić go łapą w bok. Niestety nie był to dobry pomysł o czym przekonałem się dopiero po chwili. Zdezorientowany wilk wrzasnął po czym jakimś cudem wyłamał, po czym cisnął we mnie pniem drzewa, na którym to właśnie wisiała tabliczka z nazwą lokacji! Odruchowo użyłem efektu zbroi, przez co poleciałem wraz z drzewem paręnaście metrów do tyłu. Cała akcja trwała niespełna sekundę a ja utknąłem pod kłodą, zdając sobie sprawę, że niestety ale mój refleks okazał się zbyt wolny i solidnie uszkodziłem tylną łapę. Na moje nieszczęście, zaklinowała się pod drzewem, przez co z bólu nieomal niecenzuralnie wrzasnąłem. Dodatkowo gałęzie skutecznie przyszpiliły mnie do gleby. Zacisnąłem szczęki, przygryzając jednocześnie język do krwi, przez co szkarłatna struga pomknęła czym prędzej z mego pyska aby skryć się w ciemnej ziemi. Dopiero po kilku minutach usłyszałem zdenerwowany głos Levithana, który najwyraźniej sądził iż właśnie witam się z przodkami.
-Wyciągnij mnie...- sapnąłem ochryple z bólu.
-Żyjesz?!- wrzasnął podbiegając do kłody.- Jak to zrobiłeś?!
-Tak samo jak tym we mnie rzuciłeś!- warknąłem trzęsąc się. Kłoda była okropnie ciężka a ból łapy nie pozwalał mi się dobrze skupić przez co efekt zbroi malał a drzewo powoli przygniatało mnie coraz bardziej. -Pospiesz się!
-Choler*, przepraszam muszę się skupić. Szlak by to!- warknął przerażony, patrząc na mnie spanikowany.
-Będzie dobrze...- mruknąłem nie do końca sam przekonany co do swych słów.- Odetchnij.
-Nigdy nie przemieszczałem tak dużego obiektu i to na dodatek pod taką presją!- krzyknął łamiącym się głosem.- Sitri przepraszam... To moja wina. Gdybym tylko...
-Spokojnie. -przerwałem mu.- Unieś ją chociaż trochę, abym mógł wyciągnąć nogę. Wierzę w Ciebie.
Wilk patrzył na mnie przerażony a ja czułem, że z każdą minutą jest coraz gorzej. Krew z rozciętego języka pozostawiała znajomy metaliczny posmak w ustach a oddech zamierał mi w piersi. W ciągu tak krótkiej chwili doznałem urazu łapy i prawdopodobnie żeber, które na wskutek wymuszonej pozycji dodatkowo naciskały na płuca. Uniosłem łeb zerkając na basiora, który najwyraźniej toczył walkę sam ze sobą. Wyglądał jakby patrzył na coś kompletnie innego, gorszego, bardziej przerażającego niż rzeczywistość. Chciałem się odezwać ale zamiast jakichkolwiek słów wydałem jedynie z siebie cichy, zdławiony jęk bólu. To wystarczyło aby Levithan gwałtownie otrząsnął się i spróbował ponownie mi pomóc. Tym razem uniósł na tyle kłodę, że zdołałem się spod niej wyślizgnąć ale na ucieczkę zabrakło mi sił. Zamknąłem oczy padając na ziemię po czym usłyszałem trzask opadających gałęzi, które pękały w nowych miejscach. Nie czując na sobie ciężaru uchyliłem ostrożnie powiekę. Wilk zdołał nie tylko unieść kłodę ale także przesunąć ją nieco bardziej na wschód, przez co leżałem bezpiecznie między ciężkimi gałęziami. Następnie przecisnął się między nimi, chwycił mnie delikatnie za futro jak szczeniaka i delikatnie wyciągnął spomiędzy gałęzi.
-Sitri? Słyszysz mnie? - wypytywał krążąc nade mną, jednakże nie miałem sił aby cokolwiek odpowiedzieć.- Zabiorę Cię do watahy, muszą koniecznie Cię opatrzyć!
Basior chciał mnie podnieść z ziemi ale to jedynie przyprawiło mnie o kolejną falę bólu. Widząc, że nie jest za ciekawie zaczął rozglądać się nerwowo na boki. Patrzyłem na niego spod lekko przymkniętych powiek, powoli przestając logicznie myśleć. Adrenalina krążąca jeszcze kilka minut temu w moich żyłach, ograniczała doznania bólu, które teraz powróciły ze zdwojoną siłą. Byłem niemalże pewien że połamałem żebra ale nie miałem pojęcia, że w rzeczywistości mogło być o wiele gorzej. Wilk zdawał się myśleć podobnie a przynajmniej taką miał minę. W jego malachitowych oczach malował się strach, przygnębienie albo ... troska?
-To nic...- mruknąłem chcąc dodać mu chociaż nieco otuchy. Sam nie do końca wiedział bym jak pomóc drugiemu wilkowi będącemu aktualnie na moim miejscu, nie każdy jest przecież medykiem. Niestety te dwa słowa kosztowały mnie trochę za dużo, przez co złapał mnie kaszel, w skutek którego jedynie zwinąłem się z jękiem z bólu. Młodzieniec stulił uszy na kilka sekund. Mimo bólu nie chciałem aby się obwiniał, sam nieraz nękany koszmarem potrafiłem poczęstować kogoś prądem. Teraz jednak czułem się niebywale zmęczony a niska temperatura nie działała na niekorzyść. -Odpocznijmy....
Wilk skinął głową patrząc na mnie czujnie. Delikatnie zadrżałem czując na sobie powiew zimnego wiatru. Zmęczony organizm sam zaczął walczyć z bólem w znany sobie jedyny sposób, pozbawiając mnie przytomności.

*Leraje- miecz, który niegdyś należał do Sitriego, wykonany w dużej mierze z Księżycowego meteorytu. Dla Sitriego miecz ten jest dumą rycerską.

Nie szkodzi Levithan, koncepcję nasunąłeś niezmiernie ciekawą, która bardzo mnie uszczęśliwiła :3 Dokończysz?

poniedziałek, 19 listopada 2018

Od Sitri'ego do Levithana

Obudziłem się wcześnie rano, zadowolony z wieczornej uczty. W końcu miałem okazję poznać pozostałych członków watahy osobiście a na dodatek upolowałem wraz z alfą dorodnego niedźwiedzia, przez co każdy wrócił do jaskini z pełnym brzuchem. Uśmiechnąłem się wspominając jak szczeniaki ganiały wokół ogniska, rozsiewając rodzinną aurę, jak przedrzeźniały martwe zwierzę grając w "Kto ma większe kły?" czy też podszczypywały między sobą doskonaląc sztuki walki.
-Życie dziecka jest beztroskie...- mruknąłem ziewając po raz ostatni aby pożegnać symbolicznie sen.
Wstałem, po czym otrzepawszy futro z ewentualnego kurzu, opuściłem swe lokum. Jesienna pogoda nie napawała optymizmem, mimo to czułem tego dnia gigantyczny przypływ energii, która wręcz lekko elektryzowała mi futerko na karku. Ożywiony i pełen entuzjazmu, ruszyłem przed siebie w poszukiwaniu dogodnego miejsca do treningu. Funkcja Wojownika w stadzie wymagała nienagannej kondycji fizycznej, więc zaplanowałem sobie na dzisiaj trening walki aby połączyć przyjemne z pożytecznym. Skierowałem się w bliżej nieokreślonym kierunku aby poszukać jakiegoś żwawego obiektu, z którym mógł bym poćwiczyć prędkość na rozgrzewkę ale jak się później okazało, nic takiego nie mogłem znaleźć. Nie tracąc jednak humoru, pomknąłem przed siebie ile sił w łapach, chcąc zrobić pobieżny rekonesans terenów naszej watahy aby mieć pewność, że nic złowrogiego nie zagnieździło nam się pod nosem. Jako pierwsze miejsce na liście wybrałem wodospad z jednego prostego powodu- były najbliżej, więc mogłem wycisnąć z siebie ile tylko się dało. Prując niczym strzała mijałem kolejne drzewa, z impetem przeskakiwałem większe przeszkody a nawet udało mi się pochwycić w zęby wiszący samotnie listek podczas tego krótkiego lotu. Ach... gdyby tak można wzbić się w powietrze i tam pozostać! Zwolniłem dopiero w pobliżu wodospadu, czując wyraźną woń innego basiora. Przecisnąłem się zgrabnie przez ogołocone krzewy, zerkając ostrożnie na nieznajomego, który nawiasem mówiąc, na pierwszy rzut oka wyglądał na ... chorego?
-Wszystko w porządku?- zapytałem unosząc jedną brew. Dopiero wówczas mój rozmówca raczył otworzyć oczy aby zaprezentować ich malachitową barwę, przez co dawne wspomnienia powróciły ze zdwojoną siłą. Były takie podobne!- Jak się nazywasz?- dorzuciłem szybko, nie chcąc wyjść na gbura.
-Tak. Jestem Levithan, a Ty? Nie kojarzę Cię.- zapytał od niechcenia, przenosząc wzrok na spadającą wodę.
-Sitri. - odparłem krótko, przysiadając nieopodal basiora aczkolwiek w bezpiecznej odległości. Na dźwięk jego imienia raptownie przypomniałem sobie o wczorajszej rozmowie z Alfą, która bardzo się o niego martwiła. Patrząc na wilka nie dziwiłem jej się.- Dlaczego nie było Cię na uczcie? Marnie wyglądasz, powinieneś zjeść coś treściwego mości Panie.
-Nie jestem głodny. Aż tyle mnie ominęło?- spojrzał na mnie jakby z wyrzutem w głosie, przez co sam nie do końca wiedziałem jak to zinterpretować. Jednak z niezręcznej chwili wyrwał nas sprzeciw brzucha towarzysza, który donośnie domagał się pożywienia.
-Powtarzam, marnie wyglądasz Panie. Zapolujmy na treściwego zwierza, który zapewniam, choć trochę poprawi Ci humor. Każdy członek watahy jest ważny, a moim zadaniem jest dbanie o wasze bezpieczeństwo w razie zagrożenia, nawet tak absurdalnego jak głód. - odparłem wstając.
-Niech Ci będzie...- odburknął wilk, podążając w me ślady.
Skierowaliśmy się w kierunku nieco gęstszych partii lasu. Niestety podczas marszu zauważyłem, że mój towarzysz czuł się prawdopodobnie o wiele gorzej aniżeli wyglądał. Kątem oka widziałem jak jego mięśnie drżą nieznacznie pod wpływem lekkiego chłodu i wysiłku, co oznaczało, iż samiec od dawna nic nie jadł. Nie uważałem się za dobrego psychologa a rozmówca ze mnie raczej marny, jednak mimo to postanowiłem chociaż spróbować zagadnąć wilka aby poczuł się raźniej.
-Za pozwoleniem, mógł bym wiedzieć cóż Pana tak trapi, mości Panie?
-Nic takiego... - odparł wzdychając.
-Jesteś bardzo osłabiony Panie, obawiam się że to jednak coś ważnego.
-Załóżmy, że to niespełniona miłość, która przepadła ... sam nie wiem dokąd.- pochylił łeb, przez co wyglądał na o wiele bardziej załamanego.
Nie miałem pojęcia jak wybrnąć z niezręcznej sytuacji, a każdy krok w ciszy coraz bardziej ciążył mi na sercu. Szlak! Było mi potwornie szkoda towarzysza, aż sam się zdziwiłem, że w czasie tak długiej podróży nabyłem aż tyle empatii. Z jednej strony czułem, że wilk potrzebuje wsparcia drugiego wilka a z drugiej, nie potrafiłem się zmusić do wydobycia jakichkolwiek dźwięków z własnego gardła. Czyżby to przez te oczy? Były tak łudząco podobne... wręcz identyczne!
-Nie myśl o tym, nie warto.- uśmiechnął się nagle blado.- Jung Cię nasłała?
-Nie mości Panie, patrolowałem teren. - odrzekłem sam nie wiedząc czy dobrze robię.- Jednakże widzę, że podjąłem dziś dobrą decyzję. Nie powinieneś być sam Panie.
-Hm?- zdziwił się- Co masz na myśli?
-Masz rację, Alfa bardzo się o Ciebie martwi Panie. Pozwolisz więc, że upoluję dla Ciebie dorodnego jelenia, po czym odeskortuje Cię do jaskini aby mieć pewność że wszystko w porządku? Bezpieczeństwo watahy jest moim priorytetem.- odrzekłem chowając się za obowiązkami i kodeksem.
-Jesteś dziwny. Skąd pochodzisz? Twoja mowa i wygląd... na pewno nie jesteś stąd.- zmrużył oczy, zerkając na mnie przenikliwie.
-Pochodzę z królestwa Axet, mości Panie.
-Nie znam. To daleko stąd?
-Bardzo daleko. Wiele pasm górskich i równin stąd.- uśmiechnąłem się delikatnie, przypominając sobie jak beznadziejnie szło mi początkowo łapanie kozic wysoko w górach- Ale osiadłem tutaj, mam nadzieję, że na długo.
-Wciąż nie znalazłeś swojego miejsca?- zdziwił się.
-Powiedzmy, mości Panie, iż szukam czegoś co może nie istnieć ale dopóki oddycham a moje serce bije będę tego szukał. Będę szedł przed siebie nawet na ślepo, straciwszy słuch czy węch, ważne abym pokonywał kolejne kilometry, które być może w końcu doprowadzą mnie do celu. A teraz wybacz Panie ale czuję wyśmienitego jelenia dla Ciebie.- urwałem nagle, zbaczając ze ścieżki aby pochwycić wytropionego jelenia. Miałem dziś szczęście, udało mi się upolować dorodną sztukę która wystarczyła dla nas obojga. Posiliwszy się, zaproponowałem iż odprowadzę Levithana do osady głównej, jednak ten stanowczo zaprzeczył po czym zaczął prowadzić mnie w przeciwnym kierunku.

czwartek, 1 listopada 2018

Od Sitri`ego do Jung Yunge

Nie spodziewałem się aż tak szybkiego rozpatrzenia prośby. Szczególnie, że moim towarzyszem podczas polowania okazała się być sama przywódczyni watahy. Zerknąłem kątem oka na towarzysza, który nie był przekonany co do słuszności naszej wyprawy. Lupo skrzywił się nieznacznie po czym zakomunikował, iż czekają na niego pilne obowiązki.
-Tak więc postanowione! My zapolujemy na futrzaka a Ty może ogłosisz pozostałym wieczorną ucztę? Oczywiście jeśli będziesz miał chwilkę czasu.- zdecydowała wadera wyraźnie zadowolona z siebie i rozluźnienia atmosfery.
Kulturalnie pożegnaliśmy się z Lupo po czym wadera poprowadziła nas w bliżej mi nieznanym kierunku. Jej delikatny, słodkawy zapach przypominający kwiaty magnolii skąpane w porannej rosie wyraźnie wyróżniał się na tle obumierających liści. Wszytko wokół wyglądało na obumarłe, tak jakby za chwilę drzewa miały rozpaść się w pył w ślad za wszechobecnymi rozkładającymi się liśćmi a jedynym promyczkiem nadziei w tejże dramatycznej scenerii była właśnie Jung Yunge. Mimo ciemnych chmur spowijających niebo, które wyraźnie wróżyły ulewę, wadera uśmiechała się serdecznie jednocześnie zachowując się tak jakby znała mnie na wylot i była przy tym dogłębnie przekonana, że nie stanowię zagrożenia dla watahy. Kroczyłem krok za nią, pogrążony w myślach, czy aby na pewno dobre zrobiłem przychodząc tutaj ale wilczyca szybko przegnała me wątpliwości.
-Bardzo się cieszę, mogąc gościć Cię u nas. Skąd pochodzisz?- zapytała zwalniając o krok.
-Z terenów królestwa Axet szanowna damo.- odparłem krótko, nieprzyzwyczajony do dłuższych konwersacji. -Z całym szacunkiem, dokąd zmierzamy?
-Ku naszej górskiej rzece. Jeśli gdziekolwiek mielibyśmy znaleźć naszą wieczerzę, to właśnie tam. Niedźwiedzie powinny polować na tłuste ryby.- uśmiechnęła się.- Już dawno myślałam o tym aby urządzić uroczystą kolację w watasze. Pojawiło się w niej wiele szczeniąt, także powinniśmy się radować, nieprawdaż? Szczenięta to przecież nasza przyszłość.
Zgodziłem się z samicą skinieniem głowy. Już po parunastu minutach niezdarnej z mojej strony rozmowy zauważyłem, że wadera jest bardzo opiekuńcza. Właściwie gdyby przemalować mój śnieżny łeb i kark na czarno, pod odcień reszty ciała, mógł bym pod wieloma aspektami uchodzić za jej przeciwieństwo. Mimo to Jung Yunge potrafiła jak nikt inny w całym moim życiu ciągnąć mnie za język. Bardzo zwinnie, z gracją doświadczonego negocjatora, potrafiła przepływać między jednym tematem a drugim, pozostawiając mi komfortową ciszę jakiej potrzebowałem w międzyczasie. Dotarłszy w okolice omawianej rzeki skrzywiłem się nie zauważywszy ani jednego niedźwiedzia.
-Musiały przenieść się wyżej...- mruknąłem z westchnieniem, na co wadera po prostu się zaśmiała.
-Więc może przyspieszymy kroku? Przecież nie możemy się spóźnić z posiłkiem!- rzuciła gnając przed siebie, wzdłuż rzeki.
Zamrugałem kilkakrotnie czując na pysku nieco uszczypliwy wiatr po czym udałem się w ślad za alfą. Czułem, że to będzie udane polowanie.



Jung Yunge czy znajdziemy misia dla naszych braci i sióstr?

wtorek, 25 września 2018

Od Sitri`ego [Quest nr #3]

Dzisiejszy dzień zapowiadał się wspaniale od wczesnego ranka. Mógłbym śmiało rzec, iż był to jeden z najpiękniejszych dni jesieni w moim życiu, których nawiasem mówiąc pragnę jak najwięcej, gdyby nie jedno małe "ale". Pośród tej pięknej aury czekał na mnie pech i to nie byle jaki! Natrętny pech, który uczepiwszy się mojej osoby drażnił mnie niemiłosiernie, jednocześnie dając o sobie znać na każdym kroku. To właśnie tego piekielnego dnia, podczas polowania, poślizgnąłem się na jakiejś brunatnej substancji po czym z impetem zaliczyłem spotkanie pierwszego stopnia z sosną. Dopiero po kilku minutach byłem w stanie odkleić się od drzewa by z przykrością stwierdzić, iż ta substancja okazała się być resztką błotnej kąpieli dzika. Sam nie wiedziałem czy bardziej denerwował mnie fakt utraty tak pięknej zdobyczy czy może odór wieprza, który skutecznie wyeliminował wszelkie odczuwane przeze mnie zapachy. Później oczywiście okazało się, że zmycie z siebie tej woni jest niezmiernie upierdliwe, więc spędziłem na tym parę godzin- bezskutecznie. Jednak pechowi wciąż było mało. Przez cały dzień wysysał ze mnie cierpliwość w każdy możliwy sposób do tego stopnia, że kiedy wieczorem podczas powrotu do kwatery oberwałem spadającym jabłkiem w obolały łeb, usiadłem czując że za moment krew nagła mnie zaleje. Czułem pulsującą żyłkę na skroni i przyznaję że gdyby ktokolwiek podszedł do mnie w tym momencie i palnął jakąś głupotę to z dużą dozą prawdopodobieństwa tylne łapy powyrywał bym mu przy czubku nosa! Oczywiście nie trzeba było długo czekać. Około półtora kilometra od osady głównej zostałem wręcz zdmuchnięty ze ścieżki przez polującą waderę.
-Oh! Wybacz! Przez ten zapach omyłkowo wzięłam Cię za lochę.- parsknęła samica jednocześnie starając się nie wybuchnąć śmiechem.
-Nic się nie stało.- odparłem spokojnie, załamując się wewnętrznie. Huraganem, który dobił mnie dzisiejszego dnia była sama Jung Yunge, więc gorzej już być nie mogło.
-Wszystko w porządku?- zapytała wciąż się chichrając się pod nosem.- Wybacz, nie spodziewałam się... Ciebie.
-Tak.- odparłem zdając sobie sprawę z tego, że wyglądam jak półtora nieszczęścia. Cały wymięty, przemoczony, z odstającym futrem, które w chwili obecnej futrem było tylko z nazwy... Za żadne skarby nie chciał bym w takim stanie spotkać alfy a tu proszę. Spełnienie wszystkich przekleństw świata od ręki! - Wiem, wyglądam niczym uosobienie nędzy i rozpaczy w czystej postaci.
-Lepiej szybko wracaj do jaskini, aby ktoś jeszcze Cię nie upolował.- uśmiechnęła się.
Pozdrowiłem serdecznie waderę i zawinąłem się czym prędzej do jaskini. Przez zapach dzika rejestrowałem inne zapachy z wielkim opóźnieniem więc nie miałem pojęcia, że podczas mojej nieobecności w jaskini zadomowiły się wiewiórki. Opadłem bezwładnie na skórę jelenia, która stanowiła moje łoże, po czym warknąłem wściekle z bólu. Skubane pomioty szatana naznosiły pod nią żołędzie! Parsknąłem wściekle przeciągając skórę w drugi kąt pokoju, po czym zmęczony zasnąłem.
Niestety w środku nocy zgraja hałaśliwych nietoperzy dokonała abordażu na moją kwaterę. Gdybym mógł usmażyć je wzrokiem, bez wątpienia zrobił bym to natychmiast, bez zbędnej zwłoki. Małe, skrzeczące, czarne punkty kołowały pod sklepieniem jak opętane. Wstałem więc, mając nadzieję że ruch pod nimi je spłoszy co na szczęście okazało się skuteczne. Kilka minut później hałaśliwe stwory powróciły a ja miałem wrażenie, że jest ich o wiele więcej niż wcześniej.
-Więcej was matka nie miała?!- warknąłem na nie wściekle, po czym wyszedłem z jaskini.
Najwyraźniej tą noc miałem spędzić pod gołym niebem. W tym momencie parszywe nietoperze wyleciały za mną, muskając mnie swymi skrzydłami po czym skierowały się w kierunku Plaży Zachodniej. Przez chwilę myślałem, że to jakaś kpina ale widząc, że nietoperze usiłują wrócić do mej jaskini, udałem się w wyznaczonym przez nie kierunku. Perspektywa dzielenia lokum z tymi krzykaczami nie napawała optymizmem. Pod koniec drogi do mych uszu zaczęły dolatywać dziwne dźwięki, miałem wrażenie, że coś rozmawia z innymi istotami ... pod wodą? Ostrożnie zbliżyłem się w kierunku plaży, by zerknąć cóż to za diabelstwo się na niej zalęgło. Zanim jednak zdążyłem wystawić czubek nosa poza ostatnie drzewo, przybysz zdradził się sam -odgłosem kopyt. Tego się nie spodziewałem. Nie cierpiałem koni jak ogień wody. Wielkie, zarozumiałe, roślinożerne istoty współpracujące z ludźmi... Żaden szanujący się wilk nie oddał by się do niewoli i nie szedł by tak ślepo za człowiekiem jak konie. Jednakże w wielu przypadkach których doświadczyłem na własnej skórze, wiedziałem, że wraz z końmi pojawiają się ludzie a z ludźmi kataklizm dla lasów i wilków. Wystawiłem łeb aby sprawdzić z iloma końmi czy może i również z ludźmi mam doczynienia po czym dostałem szoku. Na plaży stało kilka istot, które zaledwie przypominały konie. Pośród wystających, bielących się w pełni księżyca kości, widać było gnijące mięso oraz roślinność morską, która to stanowiła prawdopodobnie najbardziej żywą tkankę upiora. We wszelkich szczelinach znajdowała się woda, która spajała wszystko w całość. Istoty posiadały także grzywy i ogony z wody, przez co można było zidentyfikować je jako Kelpie- istoty wodne, choć w tym przypadku nie do końca jeszcze przez nią strawione. Nocny wiatr zawiał wprost w moim kierunku, niosąc ze sobą także woń legendarnych istot. Nigdy w życiu nie pomyślał bym że Kelpie tak śmierdzą! Zgnilizna, stęchlizna oraz morskie zielsko niemalże wywabiło moją zawartość żołądka na światło księżyca. Smród był tak intensywny że moja woń dzika była przy tym perfumerią. Cofnąłem się odrzucony pierwszym kontaktem z nowym zapachem po czym usadowiłem się bezpiecznie i czekałem na rozwój wydarzeń.
Po kilku godzinach Kelpie prawdopodobnie skończyły swego rodzaju naradę i skierowały się w kierunku lasu a co za tym idzie, w kierunku osady głównej, co nie wróżyło nic dobrego. Członkami watahy były także szczeniaki, to nasza przyszłość więc zamiast siedzieć dalej w ukryciu i kombinować jak odesłać nieproszonych gości tam skąd przybyli , pomknąłem w kierunku gdzie przed chwilą stały potwory.
-Yhym...- chrząknąłem, chcąc zwrócić na siebie uwagę.
Stwory zwróciły ku mnie swoje szkaradne łby z martwymi, rybimi oczami po czym ruszyły za mną pędem. Mknąłem brzegiem morza ile sił w łapach, jednak o wiele szybsze Kelpie w mgnieniu oka mnie dogoniły. Cudownie, pech nadal mnie nie opuścił! Nie pozostawało nic poza walką z nieprzyjacielem, co w aktualnej sytuacji było kompletnym szaleństwem. Nie mając wyboru skoczyłem do gardła pierwszego lepszego koniokształtnego, jednak zamiast zawiesić się z na nim, wyrwałem jedynie znajdujące się w tym miejscu resztki zgnilizny. Boże! Cóż to za paskudztwo! Wyplułem resztki Kelpie z pyska prawdopodobnie wraz z resztkami goszczącymi w moim żołądku. Nie życzył bym takiej strawy nawet najgorszemu wrogowi... Stwór jednak nie dawał za wygraną. Wyraźnie rozgniewany potrząsnął łbem, na którym zaczęły wyrastać potężne jelenie rogi. Tupnął mocno nogą dokańczając transformację, by następnie zafundować mi darmowe upodobnienie się do durszlaka. W ostatniej chwili użyłem swojej zdolności przyzywania zbroi, co uratowało mnie przed wypatroszeniem, przez co bestia jedynie odsunęła mnie o ładnych parę metrów od miejsca gdzie stałem. Potwór sapnął gniewnie po czym wraz z kompanem przystąpił do ponownego natarcia. Szlak. Spróbowałem zamrozić potwora, a dokładniej część składającą się z wody ale niestety nic to nie dało. Ponownie skupiłem się by przyzwać swą zbroje, przymknąłem oczy by następnie... oberwać z fali zgnilizny, kości i wody? Uniosłem powiekę by zobaczyć co się stało. Wraz z pierwszymi promieniami słońca zostałem na plaży sam z resztkami Kelpie, co w chwili obecnej wyglądało bardziej niczym śmietnisko po sztormie aniżeli plac boju. Niedowierzałem własnym oczom i szczęściu, które uratowało mi skórę.
-Czyżby szczęście do mnie wróciło?- sapnąłem udając, że nic się nie stało po czym ruszyłem w drogę powrotną do domu, pełen nadziei, że szybko spiorę z siebie odór potworów. W końcu nie przystoi aby rycerz tak śmierdział, nieprawdaż?

środa, 19 września 2018

Od Sitri`ego do "Szanownego basiora"

Rozciągnąłem świeżo rozgrzane mięśnie. Jak ja nienawidzę upałów! Smoliście czarne futro kompletnie nie pomaga podczas skrajnych temperatur a lekki zefirek pożegnał mnie dobrych kilka godzin temu. Pogoda w górach jest zmienna i ewidentnie testuje moją cierpliwość. Jedynie śnieżny łeb i szary kark ratują mnie przed żarem ale tak to już w życiu bywa. Matka Natura zawsze postawia przede mną nowe wyzwania, więc w tym roku mam zamiar zmierzyć się oko w oko z niedźwiedziem. Na moje nieszczęście, nie mogłem znaleźć żadnego okazałego samca a jedynie matki z dziećmi. Czy ja wyglądam na tak brutalnego? Takim oto sposobem przedostałem się przez Góry Północne na tereny należące do jakiejś watahy. No właśnie... Watahy. W powietrzu unosił się zapach wielu wilków a ja przemieszczałem się z wiatrem, przez co zapewne zostałem już dawno zidentyfikowany jako zagrożenie. Nierozsądnie było by się wpakować w kłopoty, na dodatek w pojedynkę.
Cichy szelest suchej trawy, lekki oddech... Nieznajoma istota skradała się ku mnie od zachodu. Zwinnie przyspieszyła by zaraz zwolnić. Wiatr obrócił się na moją korzyść. Niezgrabny szelest, drapnięcie pazurków... Czy to zając? Nieznajoma istota wyskoczyła z gracją na ścieżkę, chcąc zaatakować spóźnionego zająca, jednak zamarła na mój widok, przez co szaraczek zwinnie umknął niechybnej śmierci
-Kim jesteś?- zapytał basior, zerkając na mnie z ukosa.
Milczałem stojąc gotów do walki. Odwrót nie wchodził w grę. Woń basiora unosiła się w powietrzu, przypominając zapach żywicy, wyrazisty i przepełniony mocą watahy. Poruszyłem uszami aby skontrolować teren. Wciąż byliśmy sami.
-Przedstawisz się w końcu? To bardzo niegrzeczne nie odpowiadać gdy inni grzecznie pytają. - warknął poirytowany. -Twa godność?
-Wybacz. Jam Sitri.- odparłem spokojnie, opuszczając gardę.
-Jesteś sam? W jakim celu przybywasz?- kontynuował rozmówca uspokoiwszy się nieco.
-Mości Panie chciałbym zapolować na niedźwiedzia. Przybywam samotnie.
Odwróciłem łeb aby wilk spokojnie mógł mnie obwąchać i ocenić moją prawdomówność. Basior zerknął na mnie uważnie, na grzbiet i kark, po czym powiódł swym wzrokiem po moim ciele, jakby chciał przekonać się do czego się nadaję.

-Chodź za mną dziwaku. Idziemy do alfy- rozkazał ruszając traktem, co jak zwykle przemilczałem wedle mego zwyczaju.

(Czy jakiś szanowny basior zechce dokończyć?)

wtorek, 18 września 2018

Nowy członek watahy - Sitri!

They believed words of a wolf by Grypwolf

Witaj w naszych progach, Sitri! Mamy nadzieję, że spodoba Ci się u nas i spędzimy razem wiele wspaniałych chwil.
Netka Sidereum Graphics