Idąc spokojnym tempem podziwiałem ośnieżony las. Kto by pomyślał, że przez coś tak zwykłego jak śnieg, ten las może się aż tak przemienić. W niedalekiej odległości dostrzegłem choć jedno ujście z wodą, która nie przemieniła się jeszcze w lód. Schyliłem się, aby nawilżyć gardło. Podczas rozkoszowania się przyjemnie zimną wodą, wyczułem zapach, który już kojarzyłem, lecz nie do końca znałem. Wyprostowałem się i powoli obróciłem. Na odległość około siedmiu metrów stała niewielkiej postury wadera, o jasnym kolorze futra. Tym, co zwróciło mą uwagę był ogon, a raczej trzy ogony.
- Hmm... - mruknąłem.
- Halo? Kim jesteś? - zapytała niepewnie, przystępując z nogi na nogę. Zimno Jej, czy się obawia? Mnie? Tfu.
- Levithan. Jeden z tutejszych członków watahy, a Ty jeżeli dobrze kojarzę także należysz do naszych szeregów. - uśmiechnąłem się delikatnie, chcąc nieco sprawić, by wadera nie była aż taka spięta.
- Fakt. Jestem Nimdhir. - wadera podeszła dwa kroki bliżej.
- Masz ciekawe ogony. - wypaliłem wprost. Sam nie wiem co mnie posunęło do tego, lecz odczułem potrzebę poznania istoty tejże niespotykanej cechy.
- Oh - odwróciła głowę, by sprawdzić co mam na myśli. - są po prostu trzy.
- Masz tak od urodzenia, tak? To bardzo ciekawe. - powiedziałem z typowym dla siebie spokojem.
< Nimdhir? >
czwartek, 13 grudnia 2018
Od Levithana c.d.Sitri'ego
Widok basiora przygniecionego przez drzewo wprawił mnie w kompletne osłupienie, zaś głębokie smugi z których sączyła się delikatnie krew, a sam samiec wyglądał niezwykle marnie - w lekką panikę. Sitri zaproponował odpoczynek, a czyste sumienie nakazało mi spełnić prośbę starszego. Po chwili jednak basior przymknął oczy i odpłynął na jawę. Przypuszczałem, że może się to źle skończyć, więc postanowiłem zaryzykować. Samiec był od mnie znacznie większy, a my byliśmy daleko od watahy. Prędzej przeniósł by się na inny świat, niż dotarłbym z nim na plecach bliżej centrum watahy, gdzie mógłby ktoś doświadczony w tej dziedzinie udzielić mu pomocy.
Położyłem się obok i skupiłem jak tylko mogłem. W mej głowie pojawił się okrąg świateł, podobnie, gdy uwalniałem Riley spod głazów. Dostrzegłem mięśnie basiora, kolejno żebra, płuca, oraz inne organy, aż po pojedyncze nici nerwów. Odpłynąłem z tym co robię, widziałem w tej głowie jak samca żebra wracają na swe miejsca, podobnie jak płuco, które zalało się delikatnie krwią, przez co odpadło do dołu. Krwiak... krew znalazła ujście przy gardle, zaś z całego stanu, który jest mi wciąż niezmiernie obcy, wybudził mnie delikatny jęk. Basior unosił się z pięć centymetrów nad ziemią, po czym opadł. Z pyska sączyła mu się krew, co wprawiło go w delikatny szok po otwarciu oczu. Podniósł się ociężale.
- Coś Ty, tfu - wypluł mieszankę krwi i śliny - zrobił?
- Wydaje mi się, że pomogłem. - stwierdziłem z pewnością w głosie. Spojrzałem na Jego bok. Z głębokich wcięć pozostały blizny.
Postanowiliśmy powoli udać się w kierunku watahy. Sitri delikatnie kulał, oraz momentami pluł krwią, choć z każdym kwadransem dostrzegałem, że częstotliwość wykonywania tego czynu przez basiora zdecydowanie zmalała.
Po dotarciu do watahy oddałem Sitri'ego alfie, która postanowiła zabrać samca dalej do szamanów, medyka i zielarza. Dalszych losów basiora nie znam obecnie niestety, lecz wierzę, że niebawem się spotkamy.
Położyłem się obok i skupiłem jak tylko mogłem. W mej głowie pojawił się okrąg świateł, podobnie, gdy uwalniałem Riley spod głazów. Dostrzegłem mięśnie basiora, kolejno żebra, płuca, oraz inne organy, aż po pojedyncze nici nerwów. Odpłynąłem z tym co robię, widziałem w tej głowie jak samca żebra wracają na swe miejsca, podobnie jak płuco, które zalało się delikatnie krwią, przez co odpadło do dołu. Krwiak... krew znalazła ujście przy gardle, zaś z całego stanu, który jest mi wciąż niezmiernie obcy, wybudził mnie delikatny jęk. Basior unosił się z pięć centymetrów nad ziemią, po czym opadł. Z pyska sączyła mu się krew, co wprawiło go w delikatny szok po otwarciu oczu. Podniósł się ociężale.
- Coś Ty, tfu - wypluł mieszankę krwi i śliny - zrobił?
- Wydaje mi się, że pomogłem. - stwierdziłem z pewnością w głosie. Spojrzałem na Jego bok. Z głębokich wcięć pozostały blizny.
Postanowiliśmy powoli udać się w kierunku watahy. Sitri delikatnie kulał, oraz momentami pluł krwią, choć z każdym kwadransem dostrzegałem, że częstotliwość wykonywania tego czynu przez basiora zdecydowanie zmalała.
Po dotarciu do watahy oddałem Sitri'ego alfie, która postanowiła zabrać samca dalej do szamanów, medyka i zielarza. Dalszych losów basiora nie znam obecnie niestety, lecz wierzę, że niebawem się spotkamy.
środa, 12 grudnia 2018
Od Lei
Pada śnieg pada śnieg - mówiłam skacząc i łapiąc na język. Zima! Ah ta piękna pora roku! Przez moje zamyślenie zawirowałam w powietrzu i wywróciłam robiąc parę fikołków. W skutek tej sytuacji leżałam rozpłaszczona na ziemi z łapami na wszystkie strony świata. A mała śnieżynka wylądowała mi na nosie. Wstałam oraz otrzepałam się. Nagle coś mi mignęło. Zobaczyłam błysk. Bez zastanowienia i z milionem pytań podeszłam tam. Przybliżając się zobaczyłam czarne postacie oraz ciepły pomarańczowo-czerwono-żółty błysk tak zwany ogień. Ojojo! Wilki! Nie wiedziałam że tu jakieś są. Ale po chwili zastanowienia zezłościłam się. Przez nich topnieje śnieg! To nie dorzeczne. Szybkim krokiem podeszłam do zbiorowiska.
- Przepraszam państwa - Powiedziałam i poczułam spojrzenia wilków. Wszystkie zdziwione moim przyjściem. Niektóre zawarczały wrogo a inne patrzyły na mnie i mój wygląd - Dlaczego państwo niszczą śnieg i tak piękną pogodę! Jeszcze państwo coś zniszczą - powiedziałam zdenerwowana. Po chwili usłyszałam śmiech. - Oh małe dziecko będzie się wymądrzać! Jakiesz to urocze! - Zmierzyłam czarnego wilka wrogo wzrokiem - Nie waż się do mnie pyskować. - rzekłam chłodnym głosem a mój wesoły humor znikł. Basior podszedł do mnie. - Będę robił co chcę po za tym idiotów nie słucham. - Spojrzał się na mnie z góry. Już miałam coś powiedzieć. Ale coś a raczej jakiś mądry wilk przerwał.
- Oblivion uspokój się! Ja z nią porozmawiam. - Popatrzyłam na mówcę. Niestety w blasku nie mogłam zobaczyć czy to basior czy Wedra. Zobaczyłam że machnął ogonem abym poszła za nim. Gdy odeszliśmy od tłumu usiadł i dał znak abym zrobiła to samo.
-Jak się nazywasz? - zapytał gdy już wygodnie usiadłam. Nie znają mnie tu?! Nie wieżę.
-Jestem Lea - Odpowiedziałam a w mojej głowie mnożyły się pytania - A ty?
<Ktoś? I Wiem że krótkie ale nie miałam dziś weny>
- Przepraszam państwa - Powiedziałam i poczułam spojrzenia wilków. Wszystkie zdziwione moim przyjściem. Niektóre zawarczały wrogo a inne patrzyły na mnie i mój wygląd - Dlaczego państwo niszczą śnieg i tak piękną pogodę! Jeszcze państwo coś zniszczą - powiedziałam zdenerwowana. Po chwili usłyszałam śmiech. - Oh małe dziecko będzie się wymądrzać! Jakiesz to urocze! - Zmierzyłam czarnego wilka wrogo wzrokiem - Nie waż się do mnie pyskować. - rzekłam chłodnym głosem a mój wesoły humor znikł. Basior podszedł do mnie. - Będę robił co chcę po za tym idiotów nie słucham. - Spojrzał się na mnie z góry. Już miałam coś powiedzieć. Ale coś a raczej jakiś mądry wilk przerwał.
- Oblivion uspokój się! Ja z nią porozmawiam. - Popatrzyłam na mówcę. Niestety w blasku nie mogłam zobaczyć czy to basior czy Wedra. Zobaczyłam że machnął ogonem abym poszła za nim. Gdy odeszliśmy od tłumu usiadł i dał znak abym zrobiła to samo.
-Jak się nazywasz? - zapytał gdy już wygodnie usiadłam. Nie znają mnie tu?! Nie wieżę.
-Jestem Lea - Odpowiedziałam a w mojej głowie mnożyły się pytania - A ty?
<Ktoś? I Wiem że krótkie ale nie miałam dziś weny>
poniedziałek, 10 grudnia 2018
Nowy członek watahy - Lea!

Z początkiem jakże chłodnego, lecz pięknego dnia jakim jest wtorek, pragnę powitać oraz przedstawić wszystkim nową członkinię watahy o imieniu Lea!
Jest to roczna wadera, stworzona w... laboratorium. ;)
czwartek, 6 grudnia 2018
Od Absolema c.d.Lacerty
Porcja suszu herbacianego wylądowała na wyciągniętej łapie Lacerty i już po chwili została poddana dokładnej wzrokowej analizie. Absolem obserwował badającą mieszankę wilczycę niemal cały czas, w przerwie tylko pochłaniając dwa ciasteczka z kolorowym lukrem. Po dłuższej chwili wyraz skupienia na pysku wadery zastąpiła pokerowa mina. Nie zdradzając nic w żaden sposób, Lacerta oddała popielatemu basiorowi liście. Wilk schował je do woreczka, po czym dokładnie zawiązał go rzemykiem.
– I jak, oględziny się udały? – zapytał, posyłając towarzyszce delikatny uśmiech. Odpowiedziała tym samym gestem, chociaż wydawała się być nieco zmieszana.
– Och, tak, tak. Co to za roślina? – zapytała nieco zbyt szybko.
– Oglądałaś susz jednej z czerwonych herbat – wyjaśnił Absolem. – Tak jak czarna herbata różni się od zielonej, tak czerwona różni się od nich obu zarówno smakiem, jak i zapachem. Możliwe, że po prostu nigdy jej nie piłaś.
– Rozumiem – odparła Lacerta, po czym upiła łyk brunatnego naparu. Tymczasem gospodarz nachylił się i chwycił pudełko z ciasteczkami, po czym przysunął do swojego gościa.
– Ciaste... – przerwał w pół słowa, dostrzegając za wilczycą niemałą grupę zbliżających się postaci. – Do białej herbatki, nie mogli wybrać innego dnia?
– O co chodzi? – zapytała Lacerta, odwracając się. Przez rozległą równinę kicało ku nim całkiem spore stado królików. Niewielkie wierzęta wydawały się być mocno wnerwione, co nie zdziwiło Absolema ani trochę. Już nieraz te puchate stworzonka nawiedzały go w trakcie herbatek, domagając się zadośćuczynienia za śmierć ich kolegów, braci, sióstr, kto wie, kogo jeszcze? Fakty były dwa: pierwszy – króliki zawsze ginęły na podwieczorkach Absolema, niezależnie, co im zaproponował i drugi – reszcie przedstawicieli tego gatunku nigdy się to nie podobało.
Nie, żeby śmierć bliskich powinna podobać się komukolwiek, ale wilk nie rozumiał, dlaczego musiały odwiedzić go akurat w trakcie świętowania zaparzenia największej herbaty na Pustkowiu. Dotychczas akceptował sporadyczne przerywanie mu picia zwyczajnych herbat, ale to zaszło już trochę za daleko.
– Problemy z królikami – wyjaśnił Absolem Lacercie. Wilczyca kiwnęła głową, zupełnie jakby dobrze wiedziała o talencie zielarza do zabijania tych stworzeń. Kto wie, może właśnie z obawy o własne życie wadera przyglądała się suszowi?
– Śmierć mordercy! – skandowały dzikie króliki, coraz bardziej zbliżając się do uczestników podwieczorku. Zielona Herbata Bez Cukru zeskoczył ze swojego krzesła, z dezaprobatą przyglądając się nadciągającemu tłumowi.
– Powinny się nauczyć, że to nic nie da – prychnął, machając ogonem i jeżąc nieco sierść na karku.
– Lepiej pójdę i z nimi porozmawiam – stwierdził Absolem, zsuwając się z krzesła.
– Jak chcesz to zrobić? Piszczeć i prychać? – zapytała Lacerta. Dopiero wtedy popielaty basior uświadomił sobie, że wilczyca nie zrozumiała królików, które musiały mówić w swoim własnym języku. Wilk spojrzał na towarzyszkę i posłał jej szeroki uśmiech szaleńca.
– A żebyś wiedziała – odparł i pobiegł truchtem w kierunku nadciągającej fali puchatych braci mniejszych. W połowie drogi jednak gwałtownie wyhamował. Zauważył, że króliki przyspieszyły, wydając bitewne okrzyki, a w ich oczach można było dostrzec niezwykłą dla tych zwierząt wściekłość. Absolem szybko przekalkulował swoje szanse i doszedł do wniosku, że nawet on, szaleństwo i dzbanek herbatki nie będą w stanie zatrzymać stada. Zielarz odwrócił się więc na pięcie i popędził w kierunku stolika. Ku zaskoczeniu wszystkich gości na podwieczorku, błyskawicznie wepchnął mebel wraz z nakryciem do swojego pozaprzestrzennego schowka. W międzyczasie króliki pokonywały ostatnie dzielące je od biesiadników metry. Basiorowi wystarczyło tylko jedno krótkie spojrzenie, by podjąć ostateczną decyzję.
– Wiejemy! – wrzasnął Absolem, po czym chwycił Kocimiętkę i zaczął uciekać, byle dalej od królików. Pozostali na szczęście mieli dobry refleks i już po chwili wszyscy pędzili w kierunku lasu, ścigani przez króliki żądne krwi popielatego basiora. Zielarz nie był zbyt szczęśliwy, że wciągnął w tę abstrakcyjną i absurdalną sytuację osoby zupełnie z nią nie związane, ale jak mógł przewidzieć działania zajęczaków? Teraz pozostawało im tylko uciekać i improwizować. Albo imprezować, co w biegu mogłoby jednak stwarzać problemy.
<Lacerta? Wybacz, że trochę bezwenowo>
– I jak, oględziny się udały? – zapytał, posyłając towarzyszce delikatny uśmiech. Odpowiedziała tym samym gestem, chociaż wydawała się być nieco zmieszana.
– Och, tak, tak. Co to za roślina? – zapytała nieco zbyt szybko.
– Oglądałaś susz jednej z czerwonych herbat – wyjaśnił Absolem. – Tak jak czarna herbata różni się od zielonej, tak czerwona różni się od nich obu zarówno smakiem, jak i zapachem. Możliwe, że po prostu nigdy jej nie piłaś.
– Rozumiem – odparła Lacerta, po czym upiła łyk brunatnego naparu. Tymczasem gospodarz nachylił się i chwycił pudełko z ciasteczkami, po czym przysunął do swojego gościa.
– Ciaste... – przerwał w pół słowa, dostrzegając za wilczycą niemałą grupę zbliżających się postaci. – Do białej herbatki, nie mogli wybrać innego dnia?
– O co chodzi? – zapytała Lacerta, odwracając się. Przez rozległą równinę kicało ku nim całkiem spore stado królików. Niewielkie wierzęta wydawały się być mocno wnerwione, co nie zdziwiło Absolema ani trochę. Już nieraz te puchate stworzonka nawiedzały go w trakcie herbatek, domagając się zadośćuczynienia za śmierć ich kolegów, braci, sióstr, kto wie, kogo jeszcze? Fakty były dwa: pierwszy – króliki zawsze ginęły na podwieczorkach Absolema, niezależnie, co im zaproponował i drugi – reszcie przedstawicieli tego gatunku nigdy się to nie podobało.
Nie, żeby śmierć bliskich powinna podobać się komukolwiek, ale wilk nie rozumiał, dlaczego musiały odwiedzić go akurat w trakcie świętowania zaparzenia największej herbaty na Pustkowiu. Dotychczas akceptował sporadyczne przerywanie mu picia zwyczajnych herbat, ale to zaszło już trochę za daleko.
– Problemy z królikami – wyjaśnił Absolem Lacercie. Wilczyca kiwnęła głową, zupełnie jakby dobrze wiedziała o talencie zielarza do zabijania tych stworzeń. Kto wie, może właśnie z obawy o własne życie wadera przyglądała się suszowi?
– Śmierć mordercy! – skandowały dzikie króliki, coraz bardziej zbliżając się do uczestników podwieczorku. Zielona Herbata Bez Cukru zeskoczył ze swojego krzesła, z dezaprobatą przyglądając się nadciągającemu tłumowi.
– Powinny się nauczyć, że to nic nie da – prychnął, machając ogonem i jeżąc nieco sierść na karku.
– Lepiej pójdę i z nimi porozmawiam – stwierdził Absolem, zsuwając się z krzesła.
– Jak chcesz to zrobić? Piszczeć i prychać? – zapytała Lacerta. Dopiero wtedy popielaty basior uświadomił sobie, że wilczyca nie zrozumiała królików, które musiały mówić w swoim własnym języku. Wilk spojrzał na towarzyszkę i posłał jej szeroki uśmiech szaleńca.
– A żebyś wiedziała – odparł i pobiegł truchtem w kierunku nadciągającej fali puchatych braci mniejszych. W połowie drogi jednak gwałtownie wyhamował. Zauważył, że króliki przyspieszyły, wydając bitewne okrzyki, a w ich oczach można było dostrzec niezwykłą dla tych zwierząt wściekłość. Absolem szybko przekalkulował swoje szanse i doszedł do wniosku, że nawet on, szaleństwo i dzbanek herbatki nie będą w stanie zatrzymać stada. Zielarz odwrócił się więc na pięcie i popędził w kierunku stolika. Ku zaskoczeniu wszystkich gości na podwieczorku, błyskawicznie wepchnął mebel wraz z nakryciem do swojego pozaprzestrzennego schowka. W międzyczasie króliki pokonywały ostatnie dzielące je od biesiadników metry. Basiorowi wystarczyło tylko jedno krótkie spojrzenie, by podjąć ostateczną decyzję.
– Wiejemy! – wrzasnął Absolem, po czym chwycił Kocimiętkę i zaczął uciekać, byle dalej od królików. Pozostali na szczęście mieli dobry refleks i już po chwili wszyscy pędzili w kierunku lasu, ścigani przez króliki żądne krwi popielatego basiora. Zielarz nie był zbyt szczęśliwy, że wciągnął w tę abstrakcyjną i absurdalną sytuację osoby zupełnie z nią nie związane, ale jak mógł przewidzieć działania zajęczaków? Teraz pozostawało im tylko uciekać i improwizować. Albo imprezować, co w biegu mogłoby jednak stwarzać problemy.
<Lacerta? Wybacz, że trochę bezwenowo>
wtorek, 4 grudnia 2018
Od Nimdhir
Gdy tylko wyściubiłam nos z mojej jaskini poczułam niewiarygodny chłód.
- Brr! – warknęłam, przyzwyczajona do letnich upałów. Taaaaa… Zima raczej nie jest moją ulubioną porą roku. Mimo, że jeszcze nie spadł śnieg, na karku czuło się mroźny oddech lodowych demonów, w które wierzyła moja poprzednia wataha. Zawsze uważałam to za bajeczki dla dzieci, ale teraz z łatwością potrafiłam wyobrazić sobie wielkie, zimne olbrzymy siedzące w chmurach i próbujące ustalić, który z nich ma mroźniejszy oddech. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaśmiałam się cicho. Co te pory roku robią z wilkiem? Wyszłam na dwór, niuchając powietrze w poszukiwaniu woni świeżej zwierzyny. W podskokach pobiegłam w stronę lasu. Mimo, że dopiero opuściłam wnętrze mojej jaskini, już chciałam do niej wracać. Przystanęłam, po raz kolejny wąchając powietrze. Królik, którego uprzednio wytropiłam, uciekł gdzieś w krzaki, lecz nie to przyciągnęło moją uwagę. Zapach nieznajomego wilka, płci nierozpoznawalnej przez krążące wokół aromaty. Zrobiłam kilka kroków i zaczęłam się przedzierać przez kolcolist. Ciernie nieprzyjemnie smagały moje futro, co chwila zostawiając na skórze płytkie zadrapania. Stanęłam na małej polance nad rzeką. Obcy stał tyłem do mnie i pił wodę.
- Halo? Kim jesteś? – zapytałam niepewnie, przestępując z łapy na łapę.
Ktoś? Coś? Arlesa nie ma, nie wiem do kogo pisać :)
- Brr! – warknęłam, przyzwyczajona do letnich upałów. Taaaaa… Zima raczej nie jest moją ulubioną porą roku. Mimo, że jeszcze nie spadł śnieg, na karku czuło się mroźny oddech lodowych demonów, w które wierzyła moja poprzednia wataha. Zawsze uważałam to za bajeczki dla dzieci, ale teraz z łatwością potrafiłam wyobrazić sobie wielkie, zimne olbrzymy siedzące w chmurach i próbujące ustalić, który z nich ma mroźniejszy oddech. Uśmiechnęłam się pod nosem i zaśmiałam się cicho. Co te pory roku robią z wilkiem? Wyszłam na dwór, niuchając powietrze w poszukiwaniu woni świeżej zwierzyny. W podskokach pobiegłam w stronę lasu. Mimo, że dopiero opuściłam wnętrze mojej jaskini, już chciałam do niej wracać. Przystanęłam, po raz kolejny wąchając powietrze. Królik, którego uprzednio wytropiłam, uciekł gdzieś w krzaki, lecz nie to przyciągnęło moją uwagę. Zapach nieznajomego wilka, płci nierozpoznawalnej przez krążące wokół aromaty. Zrobiłam kilka kroków i zaczęłam się przedzierać przez kolcolist. Ciernie nieprzyjemnie smagały moje futro, co chwila zostawiając na skórze płytkie zadrapania. Stanęłam na małej polance nad rzeką. Obcy stał tyłem do mnie i pił wodę.
- Halo? Kim jesteś? – zapytałam niepewnie, przestępując z łapy na łapę.
Ktoś? Coś? Arlesa nie ma, nie wiem do kogo pisać :)
sobota, 1 grudnia 2018
Od Sitri'ego - Quest Świąteczny #1
Na terenach watahy zawitały pierwsze mrozy, przynosząc ze sobą spory balast w postaci śniegu. Nie powiem ażebym był z tego faktu wybitnie zadowolony jednakże to zawsze jakaś odmiana. W końcu biały puch przykrył wszechobecne błota i przegniłe liście, sprawiając iż las wyglądał niczym posypany cukrem pudrem. Uśmiechnąłem się pod nosem, przypominałem sobie jak kilka lat temu w niemalże identycznych warunkach ścigałem się po zamarzniętym jeziorze z kompanami. Ahh to były czasy! Wziąłem kolejny głęboki oddech, gdy nagle ... oberwałem śnieżką!
-Mam Cię Oriabi!- zakrzyknął czarno-czerwony wilczek wyskakując zza krzaków.-Oj... Prze-przepraszam?- zająknął się.
Spojrzałem na niego srogo, marszcząc brwi. Czyżbym znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie? Nie zdążyłem nawet nabrać śniegu w łapy gdy oberwałem kolejnymi śnieżkami w plecy. Obróciłem się w kierunku napastnika, który jak się okazało nie pracował w pojedynkę. Teneko wraz z Oriabi właśnie przypuszczały atak na młodego samca a przy okazji na mnie. Nie czekając na jakiekolwiek zaproszenie, dołączyłem do zabawy. Wskoczyłem za pobliską zaspę gdzie po kilku sekundach zawitał także Elver, wyraźnie zbombardowany przez wilczyce. Rozchmurzyłem się, nabierając coraz większej ochoty na zabawę. Cóż, aż tak stary jeszcze nie jestem, ha!
-Nasza męska duma właśnie została wystawiona na próbę. Nacieramy w ramach odwetu?- zapytałem z uśmiechem zdezorientowanego szczeniaka, na co ten kiwnął głową zadowolony.
Wyrównawszy szansę przystąpiliśmy do ataku. Ja natarłem od frontu a młodzieniec w tym samym czasie skradał się na terytorium wroga ażeby zaatakować od tyłu. Kiedy dotarł do określonej pozycji rozpoczęliśmy ostrzał z dwóch stron, przez co damy zmuszone były się wycofać w głąb lasu. Walczyliśmy ładnych parę godzin, na zmianę bawiąc się w podchody niczym partyzanci na polu bitwy, jednak kiedy zaczęło się ściemniać, postanowiliśmy zawrzeć chwilowy sojusz. Umówiliśmy się na kolejną bitwę, tym razem chcąc zaprosić do zabawy jeszcze więcej wilków aby zwiększyć poziom radości do maksimum. Odprowadziłem Teneko wraz z maluchami do jaskini po czym udałem się na spoczynek. Jutro miała rozegrać się kolejna, większa bitwa, w której prawdopodobnie weźmie udział cała wataha. Ciekawe czy los będzie nam sprzyjał?
-Mam Cię Oriabi!- zakrzyknął czarno-czerwony wilczek wyskakując zza krzaków.-Oj... Prze-przepraszam?- zająknął się.
Spojrzałem na niego srogo, marszcząc brwi. Czyżbym znalazł się w niewłaściwym miejscu o niewłaściwym czasie? Nie zdążyłem nawet nabrać śniegu w łapy gdy oberwałem kolejnymi śnieżkami w plecy. Obróciłem się w kierunku napastnika, który jak się okazało nie pracował w pojedynkę. Teneko wraz z Oriabi właśnie przypuszczały atak na młodego samca a przy okazji na mnie. Nie czekając na jakiekolwiek zaproszenie, dołączyłem do zabawy. Wskoczyłem za pobliską zaspę gdzie po kilku sekundach zawitał także Elver, wyraźnie zbombardowany przez wilczyce. Rozchmurzyłem się, nabierając coraz większej ochoty na zabawę. Cóż, aż tak stary jeszcze nie jestem, ha!
-Nasza męska duma właśnie została wystawiona na próbę. Nacieramy w ramach odwetu?- zapytałem z uśmiechem zdezorientowanego szczeniaka, na co ten kiwnął głową zadowolony.
Wyrównawszy szansę przystąpiliśmy do ataku. Ja natarłem od frontu a młodzieniec w tym samym czasie skradał się na terytorium wroga ażeby zaatakować od tyłu. Kiedy dotarł do określonej pozycji rozpoczęliśmy ostrzał z dwóch stron, przez co damy zmuszone były się wycofać w głąb lasu. Walczyliśmy ładnych parę godzin, na zmianę bawiąc się w podchody niczym partyzanci na polu bitwy, jednak kiedy zaczęło się ściemniać, postanowiliśmy zawrzeć chwilowy sojusz. Umówiliśmy się na kolejną bitwę, tym razem chcąc zaprosić do zabawy jeszcze więcej wilków aby zwiększyć poziom radości do maksimum. Odprowadziłem Teneko wraz z maluchami do jaskini po czym udałem się na spoczynek. Jutro miała rozegrać się kolejna, większa bitwa, w której prawdopodobnie weźmie udział cała wataha. Ciekawe czy los będzie nam sprzyjał?
Subskrybuj:
Posty (Atom)