środa, 13 lutego 2019

Od Lupo c.d.Teneko

Nie lubiłem jak ktoś kazał mi się tłumaczyć. Uważałem to za zbędne. Wystawiłem pazury wbijając je w ziemię.
~...Mam ją załatwić?... ~ zapytała głośno Merry. Spojrzałem na zabłąkaną martwą kocicę. Po czym na zdenerwowaną wilczycę. Uśmiechnąłem się pokazując moje ząbki.
- Nie. Na razie nie. - powiedziałem spokojnie. Odwróciłem się na pięcie i poszedłem do drzew już miałem tam wchodzić. Odwróciłem łeb do zdziwionej stojącej jak słup na moje zlekceważenie wilczycy.
- Idziesz czy nie? - zapytałem zdenerwowany. Ta jakby wybudziła się z jakiegoś transu. Doszła do mnie i razem ruszyliśmy w stronę mojego miejsca zamieszkania. Ciemność powoli zaczęła ogarniać świat wokół nas. Między nami panowała cicha przerywana przez ogłosy naszych łap stąpających po śniegu oraz czasami przez moje kichnięcia. No choroba nie radość a szczególnie w zimę. W ciszy doszliśmy do mojego drzewa. Otworzyłem prawie niewidoczne drzwi i wpuściłem Czarną wedrę do środka, po czym zamknąłem je. Oświeciłem światło które oświetliło okrągły mały korytarzyk. Wszedłem na schody. Delikatne skrzypienie spowodowane tym iż te schody były dosyć stare towarzyszyło mi tak często, że zabiegany nie zwracałem na nie uwagi. Dopiero teraz zauważyłem drzwięk, który jest przez te schodki Wydawany.
- Merry Zajmij Się Panną Teneko i zaprowadź ją do TEGO pokoju. - Rzekłem. Byłem pewny, że moja towarzyszka się zdziwiła. Ruszyłem do kuchni w celu zrobienia herbaty. Wykonałem czynność w dosyć szybkim tempie, gdyż już ma wprawę.
-Mam osiągnięcie umiem robić jedną rzecz dobrze. - powiedział do siebie starając się w jakiś sposób dodać sobie otuchy przed poważną rozmową, która go czeka. Zaniósł tacę do oświetlonego pomieszczenia z choinką. Nazwał ten pokój Bryłą Marzeń na cześć marzeń oraz sytuacji za młodu. Bryłą Marzeń jego mama nazywała.
Nocne niebo, gdy jeszcze żył razem z nią. Mówiła, że do tego nieba wiele wilków posyła swoje Marzenia a gwiazdy według niej są odbitymi marzeniami każdego z nich. Właściwie nie dowiedział się, dlaczego bryła, bo nie zdążył jej spytać. Wziął drewno z wielkiej skrzyni w rogu pokoju. Wrzucił je do kominka, po czym rzucił tam eliksirem wzniecając ogień. Usiadł na fotelu wzdychając. Wchodzę tu dwa razy do roku. Na święta i na święto zmarłych. Westchnąłem. Wilczyca cały czas siedziała cicho.
- Więc jak by to zacząć... Kiedyś. Już dosyć dawno był-em w i-innej watasze - wymruczałem trochę się jąkając. Ten temat był dla mnie martwy. Od kilku lat. Wziąłem głęboki wdech i zacząłem opowiadać od początku do końca.
Około 40 minut potem.
- No i tak po krótce wygląda moja Historia. Nie używam imienia Lupo. Po prostu za dużo wspomnień. - zakończyłem moją historię - Jeśli chcesz komuś opowiedzieć tę historię nie krępuj się. Opowiadając ci ją podjąłem ryzyko. Wolałbym abyś zachowała ja dla siebie. Ale nie moja sprawa co z nią zrobisz.
Nie patrzyłem na wilczycę. Spojrzałem za okno. Nie płakałem przy tej historii. No może jedna lub dwie łezki spłynęły mi po policzkach, ale to nic nie znaczy. Na dworze zapanowała śnieżna zamieć. Nagle wszystkie światła zgasły. Z dworu było słychać odgłosy potężnego wiatru. Ogień w kominku prawie wygasł. Ruszyłem więc po drewno. Dołożyłem je do ognia, po czym wróciłem na swoje poprzednie miejsce.
- Więc. Co teraz po wychuchaniu mojej historii powiesz mi Teneko? - zapytałem wilczycy. Która o dziwo mało się odzywała.


salon

<Teneko?>

sobota, 9 lutego 2019

Od Riley c.d. Levithana

Nie wiedzieć czemu kompletnie nie miałam pojęcia jak powinnam zachować się w obecnej sytuacji. Poczucie winy dosłownie paraliżowało mnie od środka, a samo wyduszenie jakichkolwiek sensownie brzmiących słów było... Ugh, przestań Riley! Weź się w garść, dziewczyno!
- Witaj w domu, Riley - rzekł basior, nachylając się nade mną. Sprawiał wrażenie równie zagubionego w zaistniałej sytuacji co ja, a może nawet bardziej.
- Levitan, j-ja... ja... Przepraszam! - wyłkałam wtulając się w jego szyję, przy czym samiec na moment zesztywniał, jednak po niedługiej chwili poczułam ciepło jego głowy na swym barku.
Czas jakby znów się zatrzymał. Byliśmy tylko my. Mogłabym pozostać tak już na zawsze... no tak, mogłabym, gdyby nie wyrzuty sumienia, świadomość tego, iż zostawiłam osobę tak mi drogą. Ku memu zaskoczeniu, a może i po części uldze, przyjaciel nawet nie był na mnie zły, a jeśli tak, to najwyraźniej dyskretnie starał się tego po sobie nie pokazywać.
Powoli odsunęłam się od Levithana, dość niezgrabnie podnosząc się ze śliskiej powierzchni.
- To było... mocne wejście - skomentował samiec, najwyraźniej chcąc nieco rozluźnić napięcie, które od dobrych paręnastu sekund kłębiło się w powietrzu.
- Prawda? - zaśmiałam się, przystępując nerwowo z łapy na łapę - Too... Um, skoro już się spotkaliśmy może się gdzieś przejdziemy?
Basior spojrzał na mnie z lekka zaskoczony.
- Tylko przejdziemy? - w jego głosie wyczułam nutkę rozczarowania, jednak postanowiłam nie wnikać w to zbytnio.
- Cóż, jeżeli nie masz teraz czasu, to oczywiście... - nie dokończyłam, gdy Levithan wyskoczył mi na przeciw, dając tym samym do zrozumienia, że jest gotów do drogi.
Bez słowa podążyłam więc spokojnym krokiem obok niego, przez dłuższą chwilę koncentrując rozlatany wzrok na białym puchu chrupiącym z każdym krokiem pod mymi łapami. Dlaczego tak trudno było mi spojrzeć mu teraz w oczy? Przecież marzyłam o tej chwili od tak dawna, tak bardzo ucieszyliśmy się na swój widok. Hm, no właśnie, ucieszyliśmy... Spodziewałam się trochę innej, gorszej reakcji z jego strony.
- A więc, o czym chciałaś porozmawiać? - odezwał się w pewnym momencie towarzysz.
Przełknęłam ślinę, czując, że poziom możliwych emocji w moim małym móżdżku zaczyna sięgać już zenitu, jednak miałam świadomość tego, iż jeśli nie odpowiem, później mogę już nie mieć ku temu okazji. Teraz albo nigdy.
- O wszystkim. - odparłam, patrząc mu prosto w oczy - Wiem, że nie powinnam była odchodzić, nie bez słowa wyjaśnienia, ale... Nie miałam wyboru. Tamtego wieczoru, kiedy zniknęłam, byłam na polowaniu, szukałam zwierzyny nieopodal polany. Chcąc nie chcąc wyczułam jakiś nieznany zapach i postanowiłam zbadać jego źródło, niedługo potem napotkałam Nevrę i dowie...
- Nevrę? - zielonooki zmierzył mnie pytającym spojrzeniem. No tak, nie wie o kim mówię.
- Taki jeden lis, stary przyjaciel rodziny - wyjaśniłam naprędce - A więc kontynuując; zdziwił go mój widok, dowiedziałam się też czegoś jeszcze. Moja rodzina, ona... Ona żyje. W każdym razie tak twierdził Nevra. Co prawda nie wiedział gdzie obecnie wywędrowali, ale rozmawiał z nimi jeszcze kilka tygodni temu.
- Rodzina czyli? O kim dokładnie mowa?
- Mama, siostra i jej partner. O pozostałych nic nie wspominał. - westchnęłam. Właściwie to nie wiem czemu, ale wypowiedziawszy ostatnie zdanie poczułam swego rodzaju ulgę.
- To co zamierzasz? - odezwał się po dłuższym milczeniu przyjaciel, wyrywając mnie ze stanu rozmyślań.
Dobre pytanie.
- Nie wiem, ale skoro po tylu miesiącach poszukiwań nie trafiłam na żaden ślad... Płonne nadzieje, że kiedyś ich zobaczę... - co prawda sama nie wierzyłam w wypowiadane słowa. Bolało mnie, iż znów stoję w martwym punkcie - ...ale chciałabym wrócić do watahy, o ile alfa się zgodzi i... o ile ty się zgodzisz... Bo poza tobą, nic mnie tutaj tak naprawdę nie trzyma. - wyszeptałam, spoglądając na Levithana ze skruchą.

Levithan? c:

czwartek, 7 lutego 2019

Od Levithana c.d.Riley

Choć potrzeba snu coraz mocniej władała mym ciałem, a powieki przymykały się jakby ktoś zawiesił na nich ciążki, serce łomotało bardzo gwałtownie, a w gardle odczuwalną miałem sporą gulę. Stres, bądź adrenalina... sam nie wiem. Uczucie to sprawiało, że od ponad godziny przewracałem się z boku na bok, nie wiedząc za bardzo co ze sobą zrobić. Wstałem ociężale, wyklinając na wszystko i wszystkich. Rozpocząłem wędrówkę - z jednego końca jaskini, do drugiego. Czułem się okropnie słabo, marnie, wręcz jakby ktoś mnie obsypał kamieniami. Westchnąłem, po raz czwarty siadając na środku gawry, by potem ponownie wstać. Postanowiłem przejść się, nie ukrywając nadziei, że może w taki sposób rozładuję niepokój i napięcie, które kotłuje się w moim wnętrzu. Dotarłem nad rzekę, skutą grubą warstwą lodu. Choć mój wzrok wciąż utkwiony był w zmarzlinie, chaos w głowie obudził się, plątanina zapachów dotarła do nosa, a serce łomotało jakby zaraz miało wyskoczyć mym gardłem. Podniosłem wzrok.
Po drugiej stronie zlodowaconej rzeki stała ona. Pani, dla której moje serce biło. Pani, do której tak tęskniłem. Pani, którą w ciągu jednego dnia straciłem i nie łudziłem się o ponowne spotkanie. Pani moich snów, marzeń. Pani moich myśli...
Stałem, po prostu stałem i patrzyłem w ten obraz, który wydawał się być nierealny. Sam nie wiedziałem, czy ponownie psychika płata mi figle, czy może to sen, czy... prawda...
Jedyne czego pragnąłem, to napawać się tym widokiem, póki jeszcze był.
Niesamowitym było, że postać wilczycy poruszyła się, wręcz gwałtownie. Słyszałem krzyk, choć mój umysł tak go zagłuszył, że nie zrozumiałem żadnego ze słów. Postać wbiegła na lód nas dzielący i z impetem pośliznęła się. Leżała teraz przed mną, wyraźnie łkając przez uśmiech. Czułem jej woń, słyszałem jej oddech. Ona jest prawdziwa. Riley naprawdę tutaj jest.
Zniżyłem łeb, a do mych oczu napłynęły łzy. Nie wiedziałem co teraz zrobić. Chciałem coś powiedzieć, lecz w mej głowie była pustka, jak zwykle.
Wadera podniosła się, wciąż mając kontakt wzrokowy ze mną. Była taka piękna..
- Witaj w domu, Riley. - uśmiechnąłem się, choć jej imię wymówiłem kompletnie złamanym głosem. Po moich policzkach spłynęła łza. Jedna, druga... piąta...

< Riley? >

Od Riley do Levithana

Z ciężkim westchnieniem opadłam na twardą glebę, przyglądając się spod przymrużonych powiek otaczającym mnie drzewom, których pokryte mlecznobiałą warstwą puchu wierzchołki, z bliżej nieokreślonych przyczyn, zdawały się być w obecnej chwili najlepszym punktem do zaczepienia wzroku. Czułam się źle, wracając na tutejsze tereny. Przez całą długą, zawiłą drogę z każdym następnym krokiem serce łomotało mi coraz bardziej, co gorsza, nawet nie wiedziałam czemu tak się dzieje. Tak bardzo boję się powrotu do przeszłości? Nie powinnam, przecież było mi tu tak dobrze... no właśnie, było. A jak będzie teraz, po tym wszystkim? Czy po tych miesiącach rozłąki ktoś w ogóle będzie mnie tutaj pamiętać? Szczerze wątpię, aczkolwiek to chyba nie to przerażało mnie najbardziej, problem tkwił znacznie głębiej. Wyrzuty sumienia? Uczucie pustki? Sama już nie wiem. Jak zwykle za dużo przemyśleń. Gdybym tylko mogła cofnąć czas, zdążyć się pożegnać, albo przynajmniej po części wytłumaczyć Levithanowi, czemu opuszczam watahę. Niestety, co się stało, to się nie odstanie. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że po tym wszystkim będzie w stanie mnie wysłuchać (o ile w ogóle zechce ze mną porozmawiać). Najgorsze w tym wszystkim było to, iż odchodząc ze stada miałam nadzieję, że to coś zmieni. Że w końcu odnajdę siostrę. Że w końcu po latach rozłąki wreszcie będziemy mogły być razem. Że będzie tak jak dawniej...
Przełknęłam ślinę, czując drapanie w gardle, któremu od pewnego czasu towarzyszył dość nieprzyjemny, nachalny kaszel. Um, właśnie dlatego nie przepadam za zimą. Wraz z nadejściem zmroku niebo przysłoniła już szarobura warstwa chmur, raczej nie zapowiada się na poprawę pogody. No super. Prawdę mówiąc, miałam nadzieję na bardziej sprzyjające wędrówkom warunki, w końcu nie od dziś wiadomo, że światło księżyca to najlepszy wyznacznik drogi. No nic, mówi się trudno. Jakoś muszę dotrzeć do osady, bo tutaj na pewno nie będę nocować.
Wciąż dręczyły mnie rozmyślania nad tym, co powinnam powiedzieć Levithanowi. Z jednej strony czułam niewyobrażalną tęsknotę i jedynym o czym marzyłam było wtulenie się w niego na tak długo, jak tylko mogłabym to sobie wyobrazić (jakkolwiek banalnie miałoby to zabrzmieć); z drugiej zaś przemawiał przeze mnie niewyobrażalny wstyd i poczucie winy, że zdecydowałam się odejść tak nagle...
Z litanii rozmyślań zdołał wyrwać mnie dopiero chłodny powiew wiatru, przy czym przez moje ciało przeszedł lekki dreszcz. Wzdrygnęłam się, rozejrzawszy się dookoła, jednak ku memu zaskoczeniu (jak i rozczarowaniu) okolica wcale nie wydawała się znajoma, przynajmniej nie taka jaką ją zapamiętałam. Dziwne. Przecież wiem gdzie jestem, mój niuch nie płatałby mi takich figli... prawda?
Nie czekając ani chwili dłużej pomknęłam w leśne gęstwiny, chłonąc wszystkie możliwe zapachy. Tak, to tutaj, nie mam wątpliwości. Nie minęło nawet dziesięć minut, a już znalazłam się nad rzeką. O tak, pamiętam to miejsce i to bardzo dobrze. Przystanąwszy przy samym brzegu, spuściłam wzrok przypatrując się skutej lodem, jasnej tafli wody, obserwując odbijające się w niej korony świerków, delikatnie poruszane przez wiatr. Nagle w lustrzanej otchłani dostrzegłam coś jeszcze, a raczej kogoś. Nie dowierzając własnym oczom popatrzyłam na sąsiedni brzeg. Czy to się dzieje naprawdę?
- Le... Levithan...? - spojrzałam na basiora ze łzami w oczach, jednak ten wciąż pozostawał w bezruchu, jakby ktoś przemienił go w kamienny posąg. Wyraz pyska wilka nie wyrażał totalnie nic, ani smutku, ani radości, ani nawet zaskoczenia. Po prostu stał i patrzył.
W pewnej chwili emocje wzięły górę i nie myśląc zbyt wiele ruszyłam biegiem w stronę samca, nim jednak zdążyłam do niego dopiec, w tym całym rozpędzie wywinęłam eleganckiego koziołka na lodzie, który na moje szczęście, okazał się być wystarczająco twardy, by nie zarwać się bezpośrednio pod mymi łapami.

Levithan? :>

Riley powraca!

Riley powraca w nasze szeregi!


Witaj ponownie, Riley. Twój powrót bardzo nas cieszy. Tęskniliśmy ~ Jung

środa, 6 lutego 2019

Decyzja

Już na wstępie wyznam, bez zbędnego ukrywania, że na prowadzenie tejże watahy i chęci i czasu zabrakło mi już dość dawno. Moje myśli sprowadzały się do zamknięcia, rozpoczęcia od początku wszystkiego i tak zrobić... nie zamierzam.
Pragnę więc ogłosić, iż poszukuję osoby chętnej do współprowadzenia watahy. Osoby, której powierzenie 3/4 obowiązków posiadania tego bloga oddałbym bez wyrzutów sumienia.

W zasadzie to nie wiem, co dalej napisać. Chyba pozostało już jedynie życzyć Wam wszystkim miłego dnia.

Pozdrawiam,
Jung Yunge.

Edycja: poszukiwana osoba została odnaleziona. Dziękuję. ❤️
Netka Sidereum Graphics