Ten trzydziesty pierwszy października zdecydowanie różnił się od poprzednich w życiu Absolema. W rodzinnym stadzie wszyscy przebierali się i świętowali razem, zajadając specjalne przekąski i opowiadając sobie mrożące krew w żyłach historie. Nieliczni rozmawiali również z duchami przodków. Od świtu do późnej nocy panowała atmosfera radości przeplatana dreszczykiem strachu, a wszyscy dobrze się bawili.
By stwierdzić, że Wataha Lodowego Księżyca spędza ten dzień zupełnie inaczej, wystarczyło wystawić łeb na zewnątrz jaskini. Pierwszym, co rzuciło się Absolemowi w oczy, była... ciemność. Nieprzenikniona ciemność, ciemniejsza niż najciemniejsza z nocy, jakie wilk widział w trakcie swojego życia. Pierwszym, co wilk usłyszał, stała się cisza, tak różna od zwyczajnego gwaru. Okolica wydawała się zupełnie pozbawiona życia.
Absolem, w dwóch różnych skarpetkach na przednich łapach, z krawatem na szyi i w kapeluszu, zupełnie nie pasował do tak odmienionej Osady Głównej. Nieco zdezorientowany, basior zawrócił, żeby przygotować poranną świąteczną herbatkę. I tutaj właśnie zaczął się jego wielki koszmar...
– Kim ty jesteś, do białej herbaty!? – wykrzyknął, podskakując z zaskoczenia. Przed nim unosił się półprzezroczysty basior o srebrzystej sierści pokrytej krwią. Zjawa przeszyła Absolema mrożącym krew w żyłach spojrzeniem, od którego zielarz aż zadrżał.
– Napiłbym się chętnie białej herbaty – stwierdził upiór. – Radziłbym ci ją przygotować, jeśli chcesz dożyć jutrzejszego poranka.
W następnej chwili duch rozpłynął się w powietrzu, zostawiając nieco zdziwionego Absolema. Basior dla świętego spokoju postanowił zaparzyć zjawie tę białą herbatkę – nawet, jeśli miał być to tylko żart, wilk nie chciał paść ofiarą o wiele gorszych psikusów. Postawił więc wodę na herbatkę i zaczął szukać puszki z białą herbatą wśród kilkudziesięciu metalowych pudełek.
– Zielona, pu-erh, Earl Grey... – mruczał pod nosem, czytając kolejne etykiety. Wreszcie, po dobrej minucie, znalazł to, czego szukał. Chwilę siłował się z wieczkiem, a potem zajrzał do otwartej już puszki. Pustej puszki.
– JAK TO JEST MOŻLIWE!?? – wydarł się, po czym zaczął zaglądać po kolei do wszystkich pojemników. Chociaż jeszcze dzień wcześniej większość z nich wypełniały mieszanki suszonych owoców i ziół, teraz wszystkie były puste.
– ZIELONA HERBATA BEZ CUKRU!
– Czego chcesz? – miauknął rudy kocur, otwierając jedno oko. Wrzaski Absolema przeszkodziły mu w spaniu – machał teraz gniewnie swoim puszystym ogonem.
– To twoja sprawka? – zapytał popielaty basior z furią w oczach.
– Niee... Zbyt bardzo cenię sobie herbatę – odpowiedział kot, po czym zamknął oko, pogrążając się we śnie. Popielaty basior zaczął łazić po jaskini tam i z powrotem, starając się uspokoić. Im dłużej jednak myślał nad racjonalnym wyjaśnieniem zniknięcia, tym bardziej zaczynał panikować. Ukradziono mu całą jego herbatę! Całą watahę jakby pochłonęła ciemność, a jakiś duch groził mu śmiercią. Ale może... Może...
Absolem błyskawicznym ruchem łapy otworzył swój poza przestrzenny schowek i zaczął w nim grzebać. Przecież zawsze miał tam zapas na czarną godzinę, a tylko on miał dostęp do skrytki. Musiał coś znaleźć... W końcu wyciągnął dwie nieduże puszki, jedną z zieloną herbatą, a drugą z melisą. Po chwili wahania zaparzył sobie spory kubek naparu z liśćmi z drugiego pojemnika.
Gdy siedział sobie na miękkiej poduszce, gapił w ścianę i popijał melisę, do jego jaskini wtargnął silny podmuch lodowatego wiatru. Wraz z nim do środka wpadł upiorny powóz zaprzężony w pozbawione skóry konie. Na sam ich widok Absolemowi zrobiło się niedobrze, gdy jednak dostrzegł woźnicę, niemal puścił pawia.
Posłaniec – kreatura oślizgła, obrzydliwa, z kilkunastoma mackami oraz oczami w najdziwniejszych miejscach – wyciągnął w kierunku popielatego basiora pokrytą bąblami dłoń. Trzymał w niej kartkę papieru, którą niebieskonosy zielarz odebrał z mieszanymi uczuciami. Ostrożnie ją rozłożył i szybko przeczytał zapisaną na niej wiadomość. Alfa Watahy Lodowego Księżyca, Jung Yunge, ostrzegała go, że trzydziestego pierwszego października będzie straszyć i żeby na siebie uważał.
– Szkoda, że nie wiedziałem wcze... ZOSTAW MOJEGO SYNA, TY ŚLIMACZE SPAGETTI! – wrzasnął wilk, rzucając się w kierunku woźnicy. Potwór właśnie zbliżał się do Zielonej Herbaty Bez Cukru, który syczał głośno, jeżąc sierść na grzbiecie. Kreatura nie zareagowała, więc Absolem porwał resztę jeszcze gorącego naparu z melisy i wylał na monstrum. Sprawdzony sposób na obronę nie zawiódł basiora. Przerażający posłaniec zawył, a potem wycofał się na wóz. Po chwili zaprząg znikł im z oczu.
Absolem natychmiast przypadł do Zielonej Herbaty Bez Cukru i zaczął głaskać wystraszonego rudego kocura. Potem zaparzył kolejny dzbanek melisy i oboje wypili po filiżance wywaru.
– Wiesz co... – odezwał się zielarz, przełykając ostatnie krople naparu. – Wynoszę się stąd. Jeśli już mam przetrwać cały dzień bez ulubionej herbatki, to nie w tym pokręconym miejscu!
– Hipokryta – stwierdził kot.
– Ja przynajmniej nie przerażam wilków ani nie doprowadzam szczeniaków do płaczu – zripostował popielaty basior.
– A pamiętasz tamtego brązowego szczeniaka, którego spotkaliśmy kilka dni przed przybyciem tutaj? Albo tę parę, którą na siłę próbowałeś przekonać do herbaty?
– A... Rzeczywiście... Cóż, w takim razie możesz mnie nazywać Szalony Kapelusznik Absolem Hipokryta. Będzie nawiązywać do mojego przebrania. A teraz bierzmy Kocimiętkę i się wynośmy!
Wilk błyskawicznie zgarnął puste filiżanki i postawił je na drewnianym blacie – sprzątnie je później, gdy ten szalony dzień dobiegnie końca. Potem szybko postawił wodę na kolejną herbatę, której dzbanek postanowił mieć w zapasie i założył Kocimiętce błękitny szalik. Następnie, gdy już dzbanek z parującą zieloną herbatą stał bezpiecznie w schowku, Absolem i jego dwaj towarzysze opuścili jaskinię.
Początkowo wszystko było w porządku. Co prawda Absolem ledwie widział swoje łapy i co chwila słyszał jakieś upiorne chichoty, ale okolica zdawała się być spokojna i pozbawiona bezpośredniego zagrożenia. Do czasu, aż opuścili Osadę Główną. Wtedy to ciemność przybrała postać skąpanego we mgle półmroku.
Zielarz co jakiś czas dostrzegał kątem oka przemykające między drzewami cienie, jednak brnął dalej przed siebie. Zielona Herbata Bez Cukru szedł obok, niespokojny i ze zjeżoną na grzbiecie sierścią. Obaj przeczuwali, że względny spokój zaraz dobiegnie końca, i nie mylili się.
Zaczęło się od drobnego błędu Absolema – basior odwrócił się, chcąc upewnić się, że nikt za nimi nie idzie. Nie dostrzegł nic ani nikogo, jednak nie mógł już powstrzymać się od oglądania się za siebie co kilka chwil. Rosło w nim uczucie niepokoju i strachu, chociaż nie zauważał nic poza niknącym we mgle lasem. Dopiero po kilku długich minutach opanował się na tyle, by już się nie odwracać. Jednak przerażenie wcale w nim nie zmalało, wręcz przeciwnie – zdawało się rosnąć.
Właśnie wyszli spomiędzy drzew na łąkę, gdy popielaty wilk poczuł na sobie czyjś wzrok. Powoli odwrócił głowę i dostrzegł w oddali jakąś postać. Wyglądała na wyższą i znacznie potężniejszą od Absolema. Zielarz dostrzegł jej dwoje błyszczących oczu i rząd prostych, białych zębów.
– Agencie Herbata, odwróć się – szepnął cicho do rudego kocura. – Mam jakieś zwidy, czy to coś naprawdę tam stoi?
Zielona Herbata Bez Cukru przystanął i spojrzał za siebie, po czym wdrapał się na grzbiet popielatego basiora.
– Nie masz zwidów – szepnął mu kot do ucha, po czym zajął miejsce obok Kocimiętki. Absolem, teraz już naprawdę przerażony, zaczął biec przed siebie truchtem. Miał nadzieję, że w ten sposób oddali się od tajemniczego monstrum, nie tracąc przy okazji zbyt wiele energii. Zawsze istniał cień szansy, że istota nie jest nim zainteresowana i że nie będzie go ścigać. Jak można się było spodziewać, ten cień szybko znikł. Gdy Absolem odwrócił się po kilku minutach, postać znajdowała się znacznie bliżej, chociaż nie wyglądało na to, aby się poruszała. Jednocześnie zielarz poczuł powiew zimna. Postanowił przyspieszyć, ale chłód narastał. Kiedy basior ponownie się odwrócił, potwór znajdował się zaledwie kilka metrów od niego. Wilk wyhamował i odwrócił się, stając naprzeciw istocie.
Jej ciało miało kolor intensywnego fioletu, a między dwojgiem oczu i ciągle widocznymi zębiskami znajdował się olbrzymi fioletowy nos. Gdyby nie dwie ręce zakończone czarnymi palcami, wyglądałaby jak jakiś misiek w kostiumie ducha stworzonym ze śliwkowego prześcieradła.
– Rozumiem, że tu miało straszyć, ale kto zaprosił na imprezę Bukę z "Muminków"? – odezwał się Absolem, cofając się o krok. Dobrze pamiętał historie opowiadane mu w dzieciństwie.
– Her-ba-ta! – huknęła Buka niskim, nieco bełkotliwym głosem.
– Do yerba mate, czemu dzisiaj wszyscy chcą herbatę?! Ratunku! – zawołał wilk, rzucając się do ucieczki. Niemal przewrócił się na pokrytej lodem ziemi – zapewne zamarzniętej z powodu obecności Buki, potem nie miał już większych problemów. Po prostu biegł przed siebie z kotem i pluszowym jednorożcem na grzbiecie, byle tylko jak najszybciej znaleźć się przy granicy i opuścić tereny watahy.
W świecie spowitym mgłą nie istniało coś takiego jak czas i odległość. Absolem nie wiedział, która jest godzina czy w jakim miejscu się znajduje. W pewnym momencie po prostu zatrzymał się na skraju jakiejś przepaści i spojrzał w dół, prosto na rozszalałe fale. Mgła niemal rozwiała się, odsłaniając otaczające wilka góry, niespokojne morze i odległy przeciwległy brzeg, który w żaden sposób nie był połączony z terenami watahy.
– Co się stało? Przejście nam zalało? – zapytał Absolem, wpatrując się z niedowierzaniem w masy wody uderzające co chwila o skałę.
– Na to wygląda – odparł Zielona Herbata Bez Cukru, drżąc lekko. – Zauważyłeś, że zacząłeś rymować?
Wilk już otworzył pysk, by coś odpowiedzieć, gdy wokół rozległ się złowieszczy chichot, a właściwie... Rżenie. Zielarz odwrócił się na pięcie i stanął naprzeciw dobrze znanej mu klaczy Kelpie. W jej oczach dostrzegł morderczy błysk, a na pysku – coś na kształt upiornego uśmiechu.
– Mówiłam, że cię znajdziemy – oznajmiła cicho, robiąc krok do przodu. – Teraz, gdy jesteś tu uwięziony, będziemy mogli spokojnie cię utopić.
– Nie znudziło się wam to? Nic tylko topicie i topicie... Może spróbujecie czegoś innego? Co powiecie na... malowanie po suficie? – podsunął Absolem.
– Daruj sobie te rymy – warknął młody ogier stojący po prawej stronie klaczy. – Topienie to prawdziwa przyjemność. Oglądanie, jak ofiary męczą się, zanim jeszcze stracą świadomość...
– No i mamy co potem zjeść – wtrąciła jakaś inna klacz. – Nie ma nic lepszego niż świeżo utopiona lądowa istota.
– Do rzeczy – zniecierpliwiła się pierwsza z Kelpie. – Nie jesteśmy tutaj, żeby rozmawiać. Tylko topić.
– No dobrze, skoro musicie... – zgodził się Absolem. – A chociaż kotka mi oszczędzicie?
Klacz wydała z siebie okrzyk frustracji i uderzyła kopytami o ziemię. W następnej chwili wilk i dwójka jego przyszywanych dzieci spadała w otoczeniu skalnych odłamków, prosto na spotkanie z oceanem. Basior nie zdążył nawet otworzyć schowka, by wyjąć herbatę.
Z następnych minut zielarz niewiele zapamiętał. Tylko ból, zimno, duże ilości wody i ciemność oraz kilka końskich cieni ciągnących go w dół, prosto ku beznadziei i końcowi.
>>> <<<
Pobudka na plaży o świcie nie należała do najprzyjemniejszych w życiu Absolema. Bolało go wszystko – poczynając od czubka ogona, a kończąc na głowie i układzie oddechowym. Zastanawiał się, jakim cudem ciągle żyje, bo przecież nie mógł być we wilczym raju, nie w tym stanie. Ale bardziej cierpiał duchowo niż fizycznie. Stracił swoich jedynych stałych towarzyszy, jedyne bliskie mu osoby. Swoje dzieci.
– Absolem? – usłyszał nagle mrukliwy głos. Podniósł się z trudem i dostrzegł biegnącego ku niemu Zieloną Herbatę Bez Cukru, który ciągnął za sobą Kocimiętkę. Wilk był tak szczęśliwy, że mimo bólu wstał i podbiegł do kocura i jednorożca, którzy po chwili znaleźli się w jego objęciach.
– Jakim cudem nic wam nie jest? – zapytał.
– Sam chciałbym wiedzieć – odparł Zielona Herbata Bez Cukru, po czym wyrwał się z uścisku, drapiąc przy okazji wilka.
– To niemożliwe, żeby to wszystko nam się przyśniło, prawda? To wszystko było takie realistyczne... i dziwne... Chociaż... sny mogą być dziwne...
– Nie rozgaduj mi się tutaj – prychnął rudy kocur. – Mamy pierwszego listopada, więc tak: to się działo naprawdę. A wracając do dziwnych rzeczy... Jakaś staruszka wyrwała ci włos z ogona, śpiewając coś o zmuszaniu do czegoś. Zdążyła się ulotnić, zanim dobiegłem.
Absolem przyznał, że to było dziwne, jednak nie zamierzał się nad tym zastanawiać. Miał swoje priorytety. Już po chwili pędził do domu w towarzystwie swoich dzieci, aby upewnić się, że jego zasoby herbatki wcale nie zmalały o kilkadziesiąt najróżniejszych mieszanek. Bo to byłby prawdziwy koszmar.
sobota, 10 listopada 2018
Od Jung Yunge c.d.Sitri'ego - 'Nocna uczta'
Delikatny wietrzyk ostrożnie smyrał moje napuszone futro, a uszy stroszyły na przeróżne strony wyłapując przyjemny szum wody. Celem moim jak i nowo poznanego towarzysza, Sitri'ego, był niedźwiedź. Dorodny miś byłby idealny na wieczorną ucztę w watasze.
Spojrzałam na basiora o czarno-białej sierści, drepczącego tuż obok mnie. Był masywny i wysoki, zapewne bardzo silny. Przy wilkach tego typu, moja drobna postura jest zapewne komicznym widokiem, a mnie samą trzyma chyba jedynie pozycja alfy, za którą stoi szyk całego stada wilków.
Nasz cel wyprawy - niedźwiedź - łapał ryby przy niewielkim górskim wodospadzie. Nurt w tym miejscu był nieco silniejszy niż w innych odcinkach rzeki, lecz nie powstrzymywało to nas. Od Sitri'ego dobiegało lekkie podekscytowanie.
- Piękne miejsce - wyszeptałam, stając na ogromnym głazem. Dookoła rzeki było wiele kamieni przeróżnych rozmiarów, oraz drzew i krzewów.
- Masz rację - odparł towarzysz.
Obmyślenie taktyki ataku na brunatnego nie było trudne, więc zajęło nam naprawdę niewiele czasu. Ustaliliśmy, że zaskoczę misia z góry, zaś silny basior zaatakuje tuż po mnie, gdy zwierzyna będzie nieco zdezorientowana.
Zaczaiłam się za masywnymi głazami, znajdującymi się na wysokości połowy wodospadu. Przykucnęłam, gotowa do ataku. Poczułam dreszcz, który przeszył całe me ciało, od czubka głowy aż po końcówkę ogona. Spojrzałam w miejsce ukrycia basiora o białej głowie. Był gotowy.
Odsadziłam się na tylnych łapach, aby mój skok był jak najbardziej gwałtowny. Zależało mi na zaskoczeniu niedźwiedzia. Przełknęłam ślinę i skoczyłam...
Wylądowałam tuż na grzbiecie stworzenia. Pod wpływem mojego skoku, miś całym ciałem wykonał ruch do dołu. Z głośnym warknięciem wbiłam pazury w zwierzę, a na karku zacisnęłam z całą siłą zęby. Nie minęło kilka sekund a kątem oka dostrzegłam jak na szarpiący się stworzenie, rzucił się Sitri. Basior wgryzł się w szyję niedźwiedzia, który pod wpływem naszego ataku stracił równowagę i powalił się z premedytacją na ziemię. Zdążyłam uskoczyć, dalej mając skórę misia w pysku.
Po minucie szarpaniny zwierzę straciło dech i poddawszy się, umarło.
Spojrzałam z dumną na basiora o ciemnej sierści z białą odmianą na głowie, oraz karku. Puchata sierść naszej dwójki była poplamiona krwią, a z pysków wystawały nam brunatne włosy.
Po dotaszczeniu zwierzyny ku niższej partii gór, zaobserwowałam, iż zaczęło się ściemniać. Westchnęłam, obróciwszy się ku Sitri'emu.
- Chyba czeka nas ognisko. - uśmiechnęłam się. Ku mojej uldze, dostrzegłam Absolema.
- Absolem, towarzyszu! - krzyknęłam, zmierzając w stronę basiora.
- Ah, Jung Yunge! Witaj! - uśmiechnął się basior i podbiegł ku nam. - A kim jest Twój towarzysz, bo chyba nie mieliśmy okazji się spotkać?
- To jest Sitri, pomógł mi w upolowania niedźwiedzia. - przedstawiłam czarno-białego samca.
- Miło mi poznać - uśmiechnął się Absolem.
- Mi także, witaj - odparł Sitri.
Przedstawiłam Absolemowi pomysł sporządzenia uroczystej kolacji przy ognisku. Poprosiłam samca aby przekazał zaproszenie w moim imieniu każdemu wilkowi z watahy. Ja zaś, wraz z Sitrim, postanowiliśmy zająć się przygotowaniami. Basiorowi zleciłam nazbieranie drewna na ognisko, a sobie za zadanie dałam przyrządzenie jedzenia i miejsca.
Do rozpalenia ognia przysłużył się Oblivion, a dokładniej niewielka kuleczka Jego autorstwa która po rzuceniu w drewno ułożone w stożek między kamiennym okręgiem - zapłonęła.
Po upływie prawie dwóch godzin, cała wataha siedziała w okręgu przy świetle ognia, oraz księżyca. Piękny sierp zdobiący rozgwieżdżone niebo dodawał uroku całej sytuacji.
- Dziękuję, że wszyscy przybyliście. Bardzo cieszy mnie, że jesteście tutaj, przy mnie. Że wszyscy razem tworzymy watahę. - odparłam uroczyście, po czym usiadłam. - Do naszego stada ostatnio dołączyło sporo wilków, większość z nas o innych wilkach jedynie tylko słyszała, a więc myślę, że to najwyższa pora się poznać! Zapraszam więc do uczy, oraz całonocnej zabawy! - odparłam donośnie, z wielkim uśmiechem na pysku. Stado rozpoczęło ucztę, a do moich uszu zaczęły dobiegać z początku nieśmiałe rozmowy, które po chwili stawały się bardziej emocjonalne. Usłyszałam także rozgrzewające me serce śmiechy. Oparłszy się o powalony pień, leżący za moimi plecami, wzięłam łyk półwytrawnego wina, którego nie pijałam ani razu odkąd postanowiłam założyć własną watahę. Noc zapowiadała się naprawdę świetnie...
< Zapraszam wszystkie chętne wilki do tworzenia wątków z ogniska, oraz dalszych historii :D Osoby czekające na odpisy także zapraszam! ^^ >
Spojrzałam na basiora o czarno-białej sierści, drepczącego tuż obok mnie. Był masywny i wysoki, zapewne bardzo silny. Przy wilkach tego typu, moja drobna postura jest zapewne komicznym widokiem, a mnie samą trzyma chyba jedynie pozycja alfy, za którą stoi szyk całego stada wilków.
Nasz cel wyprawy - niedźwiedź - łapał ryby przy niewielkim górskim wodospadzie. Nurt w tym miejscu był nieco silniejszy niż w innych odcinkach rzeki, lecz nie powstrzymywało to nas. Od Sitri'ego dobiegało lekkie podekscytowanie.
- Piękne miejsce - wyszeptałam, stając na ogromnym głazem. Dookoła rzeki było wiele kamieni przeróżnych rozmiarów, oraz drzew i krzewów.
- Masz rację - odparł towarzysz.
Obmyślenie taktyki ataku na brunatnego nie było trudne, więc zajęło nam naprawdę niewiele czasu. Ustaliliśmy, że zaskoczę misia z góry, zaś silny basior zaatakuje tuż po mnie, gdy zwierzyna będzie nieco zdezorientowana.
Zaczaiłam się za masywnymi głazami, znajdującymi się na wysokości połowy wodospadu. Przykucnęłam, gotowa do ataku. Poczułam dreszcz, który przeszył całe me ciało, od czubka głowy aż po końcówkę ogona. Spojrzałam w miejsce ukrycia basiora o białej głowie. Był gotowy.
Odsadziłam się na tylnych łapach, aby mój skok był jak najbardziej gwałtowny. Zależało mi na zaskoczeniu niedźwiedzia. Przełknęłam ślinę i skoczyłam...
Wylądowałam tuż na grzbiecie stworzenia. Pod wpływem mojego skoku, miś całym ciałem wykonał ruch do dołu. Z głośnym warknięciem wbiłam pazury w zwierzę, a na karku zacisnęłam z całą siłą zęby. Nie minęło kilka sekund a kątem oka dostrzegłam jak na szarpiący się stworzenie, rzucił się Sitri. Basior wgryzł się w szyję niedźwiedzia, który pod wpływem naszego ataku stracił równowagę i powalił się z premedytacją na ziemię. Zdążyłam uskoczyć, dalej mając skórę misia w pysku.
Po minucie szarpaniny zwierzę straciło dech i poddawszy się, umarło.
Spojrzałam z dumną na basiora o ciemnej sierści z białą odmianą na głowie, oraz karku. Puchata sierść naszej dwójki była poplamiona krwią, a z pysków wystawały nam brunatne włosy.
Po dotaszczeniu zwierzyny ku niższej partii gór, zaobserwowałam, iż zaczęło się ściemniać. Westchnęłam, obróciwszy się ku Sitri'emu.
- Chyba czeka nas ognisko. - uśmiechnęłam się. Ku mojej uldze, dostrzegłam Absolema.
- Absolem, towarzyszu! - krzyknęłam, zmierzając w stronę basiora.
- Ah, Jung Yunge! Witaj! - uśmiechnął się basior i podbiegł ku nam. - A kim jest Twój towarzysz, bo chyba nie mieliśmy okazji się spotkać?
- To jest Sitri, pomógł mi w upolowania niedźwiedzia. - przedstawiłam czarno-białego samca.
- Miło mi poznać - uśmiechnął się Absolem.
- Mi także, witaj - odparł Sitri.
Przedstawiłam Absolemowi pomysł sporządzenia uroczystej kolacji przy ognisku. Poprosiłam samca aby przekazał zaproszenie w moim imieniu każdemu wilkowi z watahy. Ja zaś, wraz z Sitrim, postanowiliśmy zająć się przygotowaniami. Basiorowi zleciłam nazbieranie drewna na ognisko, a sobie za zadanie dałam przyrządzenie jedzenia i miejsca.
Do rozpalenia ognia przysłużył się Oblivion, a dokładniej niewielka kuleczka Jego autorstwa która po rzuceniu w drewno ułożone w stożek między kamiennym okręgiem - zapłonęła.
Po upływie prawie dwóch godzin, cała wataha siedziała w okręgu przy świetle ognia, oraz księżyca. Piękny sierp zdobiący rozgwieżdżone niebo dodawał uroku całej sytuacji.
- Dziękuję, że wszyscy przybyliście. Bardzo cieszy mnie, że jesteście tutaj, przy mnie. Że wszyscy razem tworzymy watahę. - odparłam uroczyście, po czym usiadłam. - Do naszego stada ostatnio dołączyło sporo wilków, większość z nas o innych wilkach jedynie tylko słyszała, a więc myślę, że to najwyższa pora się poznać! Zapraszam więc do uczy, oraz całonocnej zabawy! - odparłam donośnie, z wielkim uśmiechem na pysku. Stado rozpoczęło ucztę, a do moich uszu zaczęły dobiegać z początku nieśmiałe rozmowy, które po chwili stawały się bardziej emocjonalne. Usłyszałam także rozgrzewające me serce śmiechy. Oparłszy się o powalony pień, leżący za moimi plecami, wzięłam łyk półwytrawnego wina, którego nie pijałam ani razu odkąd postanowiłam założyć własną watahę. Noc zapowiadała się naprawdę świetnie...
< Zapraszam wszystkie chętne wilki do tworzenia wątków z ogniska, oraz dalszych historii :D Osoby czekające na odpisy także zapraszam! ^^ >
Od Teneko [Dzień Potępienia] - konkurs
*uwaga mogą występować lekko straszne, brutalne sceny i opisy*
Obudziłam się. Ten dzień wydawał się inny niż wszystkie.
~Niebo jest czarne? Przecież ranek..., a może to tylko coś z pogodą?~ - pomyślałam, ale nie przejęłam się tym aż tak. Obudziłam szczeniaki i wyszliśmy z jaskini. Dzieci poszły bawić się w liściach, a ja poszłam na polowanie. Kiedy złapałam jelenia, usłyszałam jakieś szepty za mną. Odwróciłam się szybko i zobaczyłam jakiś czarny dym. Ten dym zaczął lecieć w kierunku szczeniaków! Szybko rzuciłam się i stanęłam pomiędzy dymem a dziećmi. Zaczęłam wyć i najwidoczniej ogłuszyłam to coś, bo uciekło.
- M-mamo co to było? - zapytał Elver przerażony.
- Nie wiem skarby, ale to na pewno nic groźnego.
- To chciało nas zabić, ja to wiem! - krzyknęła Oriabi.
- Już cichutko, wszystko będzie okej. Przecież chyba nie boicie się zwykłego, czarnego dymu co? - uśmiechnęłam się lekko sztucznie. Opatuliłam je ogonem i rozpatrywałam się, czy coś jeszcze do nas nie biegnie. Zagoniłam dzieciaki do jelenia i zjedliśmy. Postanowiłam, że pójdziemy gdzieś się przejść. Wyruszyliśmy na spacer po lesie. Znowu wszyscy zaczęliśmy słyszeć szepty i głosy. Przechodziliśmy przez most i pod tylną łapą Elvera zawalił się kawałek mostu.
- Mam cię! - chwyciła go Ori.
- To nie jest woda... - zobaczyłam na rzekę, która stała się zielona. Było czuć... kwas!
- Uciekajmy! - chwyciłam Elvera kłami za kark i Oriabi na plecy i zaczęłam biec. Cienie znowu się pojawiły i widać było u nich białe ślepia. Śmiały się z nas... Byłam przerażona, a co miały czuć szczeniaki w takiej sytuacji? Jak matka nie jest spokojna, to nic nie jest dobrze. Nagle poczułam, jak zaczyna mnie strasznie boleć głowa. Był to taki ból, jakby ktoś wbijał mi kołek w czaszkę. Zachwiałam się i upadłam. Poczułam, jak z moich pleców znikają maluchy. Odwróciłam głowę i zobaczyłam zjawy, które trzymały małe w pyskach za kark. Miały uśmiechy do samego końca głowy, naciągniętą skórę, że cały czas się uśmiechały i śmiały psychicznie. Na moich oczach rozszarpały je z okrucieństwem, jakiego jeszcze nigdy nie zobaczyłam.
- NIEEEE! - krzyknęłam i zaczęłam płakać.
Wstałam i rzuciłam się z zębami na jednego przeciwnika. On chyba lekko zdezorientowany w ostatniej chwili teleportował się obok mnie. Odgryzł mi lewe ucho i szepnął do prawego.
- Oblivon będzie następny. - popchnął mnie na ziemię i uciekł we mgłę razem z drugą zjawą.
- N-nie. Ocknijcie się, błagam! - podeszłam do tego, co zostało z dzieci.
Wokół nich była krew. Ich biedne, małe ciała nie były do końca kompletne. Przytuliłam je i polizałam ostatni raz.
~Muszę iść ostrzec innych!~ - pomyślałam i szybko pobiegłam w kierunku osady głównej.
To, co tam zobaczyłam to istne piekło. Wszędzie leżały ciała i wszyscy toczyli walkę z upiorami i cieniami.
~Spóźniłam się.~ - płakałam coraz mocniej i zaczęłam szukać Oblivona.
Nigdzie go nie było, a ja popadałam w coraz większy stres i strach. W końcu zobaczyłam go w górze jak... jak jakiś duch odrywa mu ogon i puszcza na dół. Upadł tuż przede mną.
- Oblivon! Proszę nie! Już straciłam dwoje dzieci. Chociaż ty mnie nie opuszczaj! - krzyczałam do niego ze łzami w oczach, lecz on spadł z dużej wysokości i zmarł chwilę potem.
Uciekłam w Góry Gwieździstej Nocy i byłam tuż przy krawędzi. Zobaczyłam wodę na dole od strony, gdzie stałam. Nagle zobaczyłam mroczne postacie, które stanęły przede mną.
- Ahh twój strach jest taki pyszny. Chcemy go więcej. - odparł jeden z cieni, które miały białe ślepia.
- T-tak? To chodźcie i s-sobie mnie weźcie! - krzyknęłam i nagle rzuciłam się za siebie.
Czas zaczął wolno lecieć. Spadałam przez długi czas. Przypomniałam sobie, jak mało czasu spędzałam z Oblivonem i nawet moimi dziećmi. Łzy odlepiły się od moich oczu i tak leciałam w dół. Przez ten krótki czas straciłam wszystko: Rodzinę, znajomych i całą watahę. Chciałam umrzeć. Poczułam się przez chwilę lekką jak piórko. Kiedy pochłonęły mnie fale, jednak zrobiłam się ciężka. Zobaczyłam w wodzie nawet te potwory. Zaczęły mnie szarpać za różne części ciała. Jednak prędzej utonęłam i już nie czułam bólu. Wyleciałam z mojego ciała i różne stwory pociągnęły mnie za dolne łapy i zaczęły się ze mnie śmiać. Zaciągnęły mnie do nicości i tak dręczyły, zanim nie zniknęłam stąd na zawsze...
Obudziłam się. Ten dzień wydawał się inny niż wszystkie.
~Niebo jest czarne? Przecież ranek..., a może to tylko coś z pogodą?~ - pomyślałam, ale nie przejęłam się tym aż tak. Obudziłam szczeniaki i wyszliśmy z jaskini. Dzieci poszły bawić się w liściach, a ja poszłam na polowanie. Kiedy złapałam jelenia, usłyszałam jakieś szepty za mną. Odwróciłam się szybko i zobaczyłam jakiś czarny dym. Ten dym zaczął lecieć w kierunku szczeniaków! Szybko rzuciłam się i stanęłam pomiędzy dymem a dziećmi. Zaczęłam wyć i najwidoczniej ogłuszyłam to coś, bo uciekło.
- M-mamo co to było? - zapytał Elver przerażony.
- Nie wiem skarby, ale to na pewno nic groźnego.
- To chciało nas zabić, ja to wiem! - krzyknęła Oriabi.
- Już cichutko, wszystko będzie okej. Przecież chyba nie boicie się zwykłego, czarnego dymu co? - uśmiechnęłam się lekko sztucznie. Opatuliłam je ogonem i rozpatrywałam się, czy coś jeszcze do nas nie biegnie. Zagoniłam dzieciaki do jelenia i zjedliśmy. Postanowiłam, że pójdziemy gdzieś się przejść. Wyruszyliśmy na spacer po lesie. Znowu wszyscy zaczęliśmy słyszeć szepty i głosy. Przechodziliśmy przez most i pod tylną łapą Elvera zawalił się kawałek mostu.
- Mam cię! - chwyciła go Ori.
- To nie jest woda... - zobaczyłam na rzekę, która stała się zielona. Było czuć... kwas!
- Uciekajmy! - chwyciłam Elvera kłami za kark i Oriabi na plecy i zaczęłam biec. Cienie znowu się pojawiły i widać było u nich białe ślepia. Śmiały się z nas... Byłam przerażona, a co miały czuć szczeniaki w takiej sytuacji? Jak matka nie jest spokojna, to nic nie jest dobrze. Nagle poczułam, jak zaczyna mnie strasznie boleć głowa. Był to taki ból, jakby ktoś wbijał mi kołek w czaszkę. Zachwiałam się i upadłam. Poczułam, jak z moich pleców znikają maluchy. Odwróciłam głowę i zobaczyłam zjawy, które trzymały małe w pyskach za kark. Miały uśmiechy do samego końca głowy, naciągniętą skórę, że cały czas się uśmiechały i śmiały psychicznie. Na moich oczach rozszarpały je z okrucieństwem, jakiego jeszcze nigdy nie zobaczyłam.
- NIEEEE! - krzyknęłam i zaczęłam płakać.
Wstałam i rzuciłam się z zębami na jednego przeciwnika. On chyba lekko zdezorientowany w ostatniej chwili teleportował się obok mnie. Odgryzł mi lewe ucho i szepnął do prawego.
- Oblivon będzie następny. - popchnął mnie na ziemię i uciekł we mgłę razem z drugą zjawą.
- N-nie. Ocknijcie się, błagam! - podeszłam do tego, co zostało z dzieci.
Wokół nich była krew. Ich biedne, małe ciała nie były do końca kompletne. Przytuliłam je i polizałam ostatni raz.
~Muszę iść ostrzec innych!~ - pomyślałam i szybko pobiegłam w kierunku osady głównej.
To, co tam zobaczyłam to istne piekło. Wszędzie leżały ciała i wszyscy toczyli walkę z upiorami i cieniami.
~Spóźniłam się.~ - płakałam coraz mocniej i zaczęłam szukać Oblivona.
Nigdzie go nie było, a ja popadałam w coraz większy stres i strach. W końcu zobaczyłam go w górze jak... jak jakiś duch odrywa mu ogon i puszcza na dół. Upadł tuż przede mną.
- Oblivon! Proszę nie! Już straciłam dwoje dzieci. Chociaż ty mnie nie opuszczaj! - krzyczałam do niego ze łzami w oczach, lecz on spadł z dużej wysokości i zmarł chwilę potem.
Uciekłam w Góry Gwieździstej Nocy i byłam tuż przy krawędzi. Zobaczyłam wodę na dole od strony, gdzie stałam. Nagle zobaczyłam mroczne postacie, które stanęły przede mną.
- Ahh twój strach jest taki pyszny. Chcemy go więcej. - odparł jeden z cieni, które miały białe ślepia.
- T-tak? To chodźcie i s-sobie mnie weźcie! - krzyknęłam i nagle rzuciłam się za siebie.
Czas zaczął wolno lecieć. Spadałam przez długi czas. Przypomniałam sobie, jak mało czasu spędzałam z Oblivonem i nawet moimi dziećmi. Łzy odlepiły się od moich oczu i tak leciałam w dół. Przez ten krótki czas straciłam wszystko: Rodzinę, znajomych i całą watahę. Chciałam umrzeć. Poczułam się przez chwilę lekką jak piórko. Kiedy pochłonęły mnie fale, jednak zrobiłam się ciężka. Zobaczyłam w wodzie nawet te potwory. Zaczęły mnie szarpać za różne części ciała. Jednak prędzej utonęłam i już nie czułam bólu. Wyleciałam z mojego ciała i różne stwory pociągnęły mnie za dolne łapy i zaczęły się ze mnie śmiać. Zaciągnęły mnie do nicości i tak dręczyły, zanim nie zniknęłam stąd na zawsze...
czwartek, 1 listopada 2018
Od Teneko c.d.Oriabi
Przyszłam z polowania. Nawet dobrze mi poszło w sumie... Dawno nie gadałam z Oblivonem, więc podejdę z szczeniakami do niego. Właśnie mówiąc o szczeniakach. Wróciłam pod jaskinię ze zwierzyną.
- Oriabi! Elver! Mam jedzenie dla was. - nikt nie odpowiadał na moje wołanie.
- Dzieciaki? - weszłam do jaskini i zaczęłam nerwowo się rozglądać po jaskini. Nigdzie ich nie było. Wybiegłam i zaczęłam ich szukać. Trop się urwał. Przerażona wróciłam pod jaskinię i wypatrywałam ich dalej. Potem siedziałam i czekałam. W końcu znowu poczułam ich zapach. Zobaczyłam moje słodziaki na grzbiecie wilka. Chyba miał na imię Theor. Nie wydaje mi się za przyjazny.
- O matko jesteście! - podbiegłam do nich i przytuliłam ich mocno.
Przez chwilę panowałam niezręczna cisza, a basior patrzył na nas.
- Dziękuję ci bardzo! Nawet nie wiecie jak się bałam o was. - zwróciłam swój wzrok lekko gniewnie na szczenięta. One opuściły uszy i wtuliły się jeszcze bardziej.
- Nie ma sprawy, ale nie zostawiaj ich samych na następny raz. - pouczył mnie wilk.
- Już nie zamierzam. Jeszcze raz dziękuję. W ramach podziękowań masz kawałek mięsa. - podeszłam do zdobyczy i oderwałam naprawdę duży kawałek i podarowałam mu. On podziękował i odszedł.
- No to tłumaczcie mi co się stało. - odparłam.
Po wytłumaczeniu prawie wszystkiego przez Oriabi i czasem coś powiedział Elver, zadecydowałam co z nimi zrobię.
- Słuchajcie. Nie będę was bić czy gryźć, ale nie możecie chodzić sami. Słyszałam, że wadera o imieniu Lacerta ma trzy szczeniaki. Możecie iść się z nimi pobawić.
- Ale mamo oni pewnie są nudni! - oburzyła się Oriabi.
- Nie oceniaj książki po okładce młoda damo. Albo idziecie grzecznie się bawić z innymi w waszym wieku, albo siedzicie w jaskini do wieku dorosłości. - podałam moje warunki.
- Dobrze mamo. Pójdziemy się bawić z innymi. - powiedział spokojnie Elver w imieniu ich wszystkich.
- No to jedzcie i zaprowadzę was jutro do nich. - powiedziałam i sama zjadłam tylko kawałek mięsa.
Dzieci zjadły szybko i reszta dnia to opowiadanie historyjek aż do wieczora. Natomiast wieczorem wyszłam z nimi na dach jaskini.
- Połóżcie się koło mnie. - powiedziałam spokojnie i zrobili to o co prosiłam.
Przykryłam ich ogonem.
- Mamo opowiedz coś o gwiazdach. - zasugerowała Oriabi.
- No dobrze maluchy, a więc słuchajcie. To będzie opowieść o gwiezdnym wilku. - zaczęłam opowieść. - Dawno, dawno temu w kosmosie żył sobie gwiezdny wilk. Tworzył on gwiazdy, ale był samotny. Na początku mu to nie przeszkadzało. Tysiąc lat później skierował się w kierunku naszego świata. Spojrzał na różne stworzenia. Od malutkich myszek, aż po wielkie wilki. - przerwał mi Elver.
- A czemu wilki były wielkie? - zadał pytanie mały basior.
- Bo w tamtych czasach nie było jeszcze większych zwierząt od nas skarbie. Popatrzył jak żyły. Świat wypełniała ich miłość i przyjaźń. Zrobił się bardzo smutny, bo przecież on nikogo przy sobie nie miał. Pewnego dnia zrobił się widzialny dla wszystkich. Miał piękne futro, które było tak puszyste jak chmurki na niebie. Przy wodospadzie zobaczył najpiękniejszą waderę, jaką dotychczas zobaczył. Pojawiły mu się w brzuchu malutkie motylki, które łaskotały go w brzuszku na jej widok... - przerwałam i popatrzyłam na senne szczenięta.
- A czemu to były motylki? - zapytała Oriabi, ziewając.
- Ponieważ tylko one były na tyle delikatne, żeby móc go połaskotać. - sama zaczęłam łaskotać moje dzieci po brzuchach łapą.
One zaśmiały się i dalej mnie słuchały.
- Z czasem się z nią zapoznał. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Jednak po czasie i ona zaczęła czuć do niego wyjątkowe uczucie, jakim jest miłość. Stali się szczęśliwą parą. Żeby jej nie zostawić, wilk zabrał ją ze sobą w kosmos i zrobił tak, żeby była tak magiczna jak on. Do teraz jak patrzycie w niebo można zauważyć migające gwiazdy na niebie. Jest to oznaka, że te wilki dalej się kochają. Żyją długo i szczęśliwie od ponad tysiąca lat. Morał z tego jest taki, że miłość jest czymś najlepszym na świecie. Koniec. - zakończyłam.
- Mamusiu... - zaczęła Ori.
- Tak gwiazdeczko? - zapytałam troskliwie.
- Jeśli miłość jest czymś najlepszym, to czemu koło ciebie nie ma fajnego wilka, który cię kocha? - zadając to pytanie, pękło mi lekko serce.
~Przecież im nie powiem, że są stworzeni z eliksiru...~ - pomyślałam.
- B-bo... no wiesz... to jest bardzo skomplikowane. Jak będziecie starsi to wszystko wam wyjaśnię.
- A gdzie jest tata? - spytał Elver.
- T-to jest opowieść na inny czas. Chodźcie, bo późno się zrobiło. - zaprowadziłam ich do jaskini i pocałowałam w czoła na dobranoc. Zrobiłam się lekko smutna. Kiedyś im powiem... na pewno... Popatrzyłam jeszcze na drzewo genealogiczne, które miało tylko mnie na samym dole... Odwróciłam wzrok i położyłam się też spać.
- Oriabi! Elver! Mam jedzenie dla was. - nikt nie odpowiadał na moje wołanie.
- Dzieciaki? - weszłam do jaskini i zaczęłam nerwowo się rozglądać po jaskini. Nigdzie ich nie było. Wybiegłam i zaczęłam ich szukać. Trop się urwał. Przerażona wróciłam pod jaskinię i wypatrywałam ich dalej. Potem siedziałam i czekałam. W końcu znowu poczułam ich zapach. Zobaczyłam moje słodziaki na grzbiecie wilka. Chyba miał na imię Theor. Nie wydaje mi się za przyjazny.
- O matko jesteście! - podbiegłam do nich i przytuliłam ich mocno.
Przez chwilę panowałam niezręczna cisza, a basior patrzył na nas.
- Dziękuję ci bardzo! Nawet nie wiecie jak się bałam o was. - zwróciłam swój wzrok lekko gniewnie na szczenięta. One opuściły uszy i wtuliły się jeszcze bardziej.
- Nie ma sprawy, ale nie zostawiaj ich samych na następny raz. - pouczył mnie wilk.
- Już nie zamierzam. Jeszcze raz dziękuję. W ramach podziękowań masz kawałek mięsa. - podeszłam do zdobyczy i oderwałam naprawdę duży kawałek i podarowałam mu. On podziękował i odszedł.
- No to tłumaczcie mi co się stało. - odparłam.
Po wytłumaczeniu prawie wszystkiego przez Oriabi i czasem coś powiedział Elver, zadecydowałam co z nimi zrobię.
- Słuchajcie. Nie będę was bić czy gryźć, ale nie możecie chodzić sami. Słyszałam, że wadera o imieniu Lacerta ma trzy szczeniaki. Możecie iść się z nimi pobawić.
- Ale mamo oni pewnie są nudni! - oburzyła się Oriabi.
- Nie oceniaj książki po okładce młoda damo. Albo idziecie grzecznie się bawić z innymi w waszym wieku, albo siedzicie w jaskini do wieku dorosłości. - podałam moje warunki.
- Dobrze mamo. Pójdziemy się bawić z innymi. - powiedział spokojnie Elver w imieniu ich wszystkich.
- No to jedzcie i zaprowadzę was jutro do nich. - powiedziałam i sama zjadłam tylko kawałek mięsa.
Dzieci zjadły szybko i reszta dnia to opowiadanie historyjek aż do wieczora. Natomiast wieczorem wyszłam z nimi na dach jaskini.
- Połóżcie się koło mnie. - powiedziałam spokojnie i zrobili to o co prosiłam.
Przykryłam ich ogonem.
- Mamo opowiedz coś o gwiazdach. - zasugerowała Oriabi.
- No dobrze maluchy, a więc słuchajcie. To będzie opowieść o gwiezdnym wilku. - zaczęłam opowieść. - Dawno, dawno temu w kosmosie żył sobie gwiezdny wilk. Tworzył on gwiazdy, ale był samotny. Na początku mu to nie przeszkadzało. Tysiąc lat później skierował się w kierunku naszego świata. Spojrzał na różne stworzenia. Od malutkich myszek, aż po wielkie wilki. - przerwał mi Elver.
- A czemu wilki były wielkie? - zadał pytanie mały basior.
- Bo w tamtych czasach nie było jeszcze większych zwierząt od nas skarbie. Popatrzył jak żyły. Świat wypełniała ich miłość i przyjaźń. Zrobił się bardzo smutny, bo przecież on nikogo przy sobie nie miał. Pewnego dnia zrobił się widzialny dla wszystkich. Miał piękne futro, które było tak puszyste jak chmurki na niebie. Przy wodospadzie zobaczył najpiękniejszą waderę, jaką dotychczas zobaczył. Pojawiły mu się w brzuchu malutkie motylki, które łaskotały go w brzuszku na jej widok... - przerwałam i popatrzyłam na senne szczenięta.
- A czemu to były motylki? - zapytała Oriabi, ziewając.
- Ponieważ tylko one były na tyle delikatne, żeby móc go połaskotać. - sama zaczęłam łaskotać moje dzieci po brzuchach łapą.
One zaśmiały się i dalej mnie słuchały.
- Z czasem się z nią zapoznał. Byli najlepszymi przyjaciółmi. Jednak po czasie i ona zaczęła czuć do niego wyjątkowe uczucie, jakim jest miłość. Stali się szczęśliwą parą. Żeby jej nie zostawić, wilk zabrał ją ze sobą w kosmos i zrobił tak, żeby była tak magiczna jak on. Do teraz jak patrzycie w niebo można zauważyć migające gwiazdy na niebie. Jest to oznaka, że te wilki dalej się kochają. Żyją długo i szczęśliwie od ponad tysiąca lat. Morał z tego jest taki, że miłość jest czymś najlepszym na świecie. Koniec. - zakończyłam.
- Mamusiu... - zaczęła Ori.
- Tak gwiazdeczko? - zapytałam troskliwie.
- Jeśli miłość jest czymś najlepszym, to czemu koło ciebie nie ma fajnego wilka, który cię kocha? - zadając to pytanie, pękło mi lekko serce.
~Przecież im nie powiem, że są stworzeni z eliksiru...~ - pomyślałam.
- B-bo... no wiesz... to jest bardzo skomplikowane. Jak będziecie starsi to wszystko wam wyjaśnię.
- A gdzie jest tata? - spytał Elver.
- T-to jest opowieść na inny czas. Chodźcie, bo późno się zrobiło. - zaprowadziłam ich do jaskini i pocałowałam w czoła na dobranoc. Zrobiłam się lekko smutna. Kiedyś im powiem... na pewno... Popatrzyłam jeszcze na drzewo genealogiczne, które miało tylko mnie na samym dole... Odwróciłam wzrok i położyłam się też spać.
Pożegnanie
Chciałabym ogłosić, iż dziś dwa wilki z rangą omegi zostały wydalone z watahy.

Daemon
~~~

Menace
Podsumowanie października
Witam wszystkich członków watahy na comiesięcznym podsumowaniu minionego miesiąca. Październik... szkoły, praca, nauka, zimno. Aktywność na blogu stanowczo podupadła, z jednej strony możemy tłumaczyć to brakiem czasu z powodów szkolnych, lecz także winę widzę tutaj w samej sobie.
Przyznam, że nie mam chęci pisać niektórym w wiadomości po pięć, dziesięć (czy w razie konieczności) piętnaście razy, że kończy mu się termin wysłania opowiadania. Nie masz czasu, bądź chęci pisać? Odejdź z watahy, a nie ignoruj moich wiadomości z zapytaniem czy w ogóle chcesz dalej tutaj należeć.
Tak więc ogłaszam, że wyślę do każdej innej osoby góra dwie wiadomości i na tym koniec. Nie mam ani czasu ani chęci na martwienie się o to, czy ktoś dostarczy opowiadanie dzień przed końcem terminu, czy jednak wyleci z watahy.
Otrzymałam kilka formularzy wilków, które mimo mojej prośby - nie wysłały pierwszego opowiadania. Od niedawna jest to warunek by wilk został w ogóle dodany do watahy - po wejściu w odpowiednią zakładkę jest to wyróżnione na czerwono, dużą czcionką.
Uf, ochłonęłam. W tym miejscu zaś chciałabym podziękować wszystkim, którzy dalej są z nami i starają się być aktywni. Myślę, że uda nam się podnieść aktywność jeżeli będziemy chcieć, nieprawdaż? Czas ruszyć bloga.
Chciałabym także podziękować raz jeszcze Riley, która bardzo przyczyniła się do istnienia tego bloga. Najbardziej jednak wdzięczna jestem, że napisałaś do mnie wprost, że musisz odejść, a nie całkowicie "wyparowałaś". Pusto tu bez Ciebie :c .
Przyznam, że nie mam chęci pisać niektórym w wiadomości po pięć, dziesięć (czy w razie konieczności) piętnaście razy, że kończy mu się termin wysłania opowiadania. Nie masz czasu, bądź chęci pisać? Odejdź z watahy, a nie ignoruj moich wiadomości z zapytaniem czy w ogóle chcesz dalej tutaj należeć.
Tak więc ogłaszam, że wyślę do każdej innej osoby góra dwie wiadomości i na tym koniec. Nie mam ani czasu ani chęci na martwienie się o to, czy ktoś dostarczy opowiadanie dzień przed końcem terminu, czy jednak wyleci z watahy.
Otrzymałam kilka formularzy wilków, które mimo mojej prośby - nie wysłały pierwszego opowiadania. Od niedawna jest to warunek by wilk został w ogóle dodany do watahy - po wejściu w odpowiednią zakładkę jest to wyróżnione na czerwono, dużą czcionką.
Uf, ochłonęłam. W tym miejscu zaś chciałabym podziękować wszystkim, którzy dalej są z nami i starają się być aktywni. Myślę, że uda nam się podnieść aktywność jeżeli będziemy chcieć, nieprawdaż? Czas ruszyć bloga.
Chciałabym także podziękować raz jeszcze Riley, która bardzo przyczyniła się do istnienia tego bloga. Najbardziej jednak wdzięczna jestem, że napisałaś do mnie wprost, że musisz odejść, a nie całkowicie "wyparowałaś". Pusto tu bez Ciebie :c .
~~~
Podsumowanie w pigułce:
- 10 napisanych opowiadań (eh)
- żaden wilk nie dołączył do watahy
- 1 wilk opuścił watahę
- 3 wilki zostały wydalone z watahy
~~~
Najaktywniejszym wilkiem był Levithan z dwoma napisanymi opowiadaniami.
Theor, Sitri, Absolem, Katana, Oriabi, Jung Yunge, Lacerta i Nimdhir napisali zaś po jednym opowiadaniu.
Co do wynagrodzeń, to każdy z wyżej wymienionych wilków otrzymuje po 1 FL, zaś Leviuś otrzymuje dodatkowo jeden punkt do umiejętności.
~~~
Pojawiła się nowa strona, na której znajdziemy humorystyczne spojrzenie na watahę, oraz rysunki, prace itp. przeróżnych członków watahy. Mam nadzieję, że strona przypadnie Wam do gustu.
Za wspaniałe rysunki wilków z watahy, które sprezentował nam Nibo, chciałabym wręczyć mu 1 FL.
Pozdrawiam,
samica alfa WLK
Jung Yunge
Od Sitri`ego do Jung Yunge
Nie spodziewałem się aż tak szybkiego rozpatrzenia prośby. Szczególnie, że moim towarzyszem podczas polowania okazała się być sama przywódczyni watahy. Zerknąłem kątem oka na towarzysza, który nie był przekonany co do słuszności naszej wyprawy. Lupo skrzywił się nieznacznie po czym zakomunikował, iż czekają na niego pilne obowiązki.
-Tak więc postanowione! My zapolujemy na futrzaka a Ty może ogłosisz pozostałym wieczorną ucztę? Oczywiście jeśli będziesz miał chwilkę czasu.- zdecydowała wadera wyraźnie zadowolona z siebie i rozluźnienia atmosfery.
Kulturalnie pożegnaliśmy się z Lupo po czym wadera poprowadziła nas w bliżej mi nieznanym kierunku. Jej delikatny, słodkawy zapach przypominający kwiaty magnolii skąpane w porannej rosie wyraźnie wyróżniał się na tle obumierających liści. Wszytko wokół wyglądało na obumarłe, tak jakby za chwilę drzewa miały rozpaść się w pył w ślad za wszechobecnymi rozkładającymi się liśćmi a jedynym promyczkiem nadziei w tejże dramatycznej scenerii była właśnie Jung Yunge. Mimo ciemnych chmur spowijających niebo, które wyraźnie wróżyły ulewę, wadera uśmiechała się serdecznie jednocześnie zachowując się tak jakby znała mnie na wylot i była przy tym dogłębnie przekonana, że nie stanowię zagrożenia dla watahy. Kroczyłem krok za nią, pogrążony w myślach, czy aby na pewno dobre zrobiłem przychodząc tutaj ale wilczyca szybko przegnała me wątpliwości.
-Bardzo się cieszę, mogąc gościć Cię u nas. Skąd pochodzisz?- zapytała zwalniając o krok.
-Z terenów królestwa Axet szanowna damo.- odparłem krótko, nieprzyzwyczajony do dłuższych konwersacji. -Z całym szacunkiem, dokąd zmierzamy?
-Ku naszej górskiej rzece. Jeśli gdziekolwiek mielibyśmy znaleźć naszą wieczerzę, to właśnie tam. Niedźwiedzie powinny polować na tłuste ryby.- uśmiechnęła się.- Już dawno myślałam o tym aby urządzić uroczystą kolację w watasze. Pojawiło się w niej wiele szczeniąt, także powinniśmy się radować, nieprawdaż? Szczenięta to przecież nasza przyszłość.
Zgodziłem się z samicą skinieniem głowy. Już po parunastu minutach niezdarnej z mojej strony rozmowy zauważyłem, że wadera jest bardzo opiekuńcza. Właściwie gdyby przemalować mój śnieżny łeb i kark na czarno, pod odcień reszty ciała, mógł bym pod wieloma aspektami uchodzić za jej przeciwieństwo. Mimo to Jung Yunge potrafiła jak nikt inny w całym moim życiu ciągnąć mnie za język. Bardzo zwinnie, z gracją doświadczonego negocjatora, potrafiła przepływać między jednym tematem a drugim, pozostawiając mi komfortową ciszę jakiej potrzebowałem w międzyczasie. Dotarłszy w okolice omawianej rzeki skrzywiłem się nie zauważywszy ani jednego niedźwiedzia.
-Musiały przenieść się wyżej...- mruknąłem z westchnieniem, na co wadera po prostu się zaśmiała.
-Więc może przyspieszymy kroku? Przecież nie możemy się spóźnić z posiłkiem!- rzuciła gnając przed siebie, wzdłuż rzeki.
Zamrugałem kilkakrotnie czując na pysku nieco uszczypliwy wiatr po czym udałem się w ślad za alfą. Czułem, że to będzie udane polowanie.
Jung Yunge czy znajdziemy misia dla naszych braci i sióstr?
-Tak więc postanowione! My zapolujemy na futrzaka a Ty może ogłosisz pozostałym wieczorną ucztę? Oczywiście jeśli będziesz miał chwilkę czasu.- zdecydowała wadera wyraźnie zadowolona z siebie i rozluźnienia atmosfery.
Kulturalnie pożegnaliśmy się z Lupo po czym wadera poprowadziła nas w bliżej mi nieznanym kierunku. Jej delikatny, słodkawy zapach przypominający kwiaty magnolii skąpane w porannej rosie wyraźnie wyróżniał się na tle obumierających liści. Wszytko wokół wyglądało na obumarłe, tak jakby za chwilę drzewa miały rozpaść się w pył w ślad za wszechobecnymi rozkładającymi się liśćmi a jedynym promyczkiem nadziei w tejże dramatycznej scenerii była właśnie Jung Yunge. Mimo ciemnych chmur spowijających niebo, które wyraźnie wróżyły ulewę, wadera uśmiechała się serdecznie jednocześnie zachowując się tak jakby znała mnie na wylot i była przy tym dogłębnie przekonana, że nie stanowię zagrożenia dla watahy. Kroczyłem krok za nią, pogrążony w myślach, czy aby na pewno dobre zrobiłem przychodząc tutaj ale wilczyca szybko przegnała me wątpliwości.
-Bardzo się cieszę, mogąc gościć Cię u nas. Skąd pochodzisz?- zapytała zwalniając o krok.
-Z terenów królestwa Axet szanowna damo.- odparłem krótko, nieprzyzwyczajony do dłuższych konwersacji. -Z całym szacunkiem, dokąd zmierzamy?
-Ku naszej górskiej rzece. Jeśli gdziekolwiek mielibyśmy znaleźć naszą wieczerzę, to właśnie tam. Niedźwiedzie powinny polować na tłuste ryby.- uśmiechnęła się.- Już dawno myślałam o tym aby urządzić uroczystą kolację w watasze. Pojawiło się w niej wiele szczeniąt, także powinniśmy się radować, nieprawdaż? Szczenięta to przecież nasza przyszłość.
Zgodziłem się z samicą skinieniem głowy. Już po parunastu minutach niezdarnej z mojej strony rozmowy zauważyłem, że wadera jest bardzo opiekuńcza. Właściwie gdyby przemalować mój śnieżny łeb i kark na czarno, pod odcień reszty ciała, mógł bym pod wieloma aspektami uchodzić za jej przeciwieństwo. Mimo to Jung Yunge potrafiła jak nikt inny w całym moim życiu ciągnąć mnie za język. Bardzo zwinnie, z gracją doświadczonego negocjatora, potrafiła przepływać między jednym tematem a drugim, pozostawiając mi komfortową ciszę jakiej potrzebowałem w międzyczasie. Dotarłszy w okolice omawianej rzeki skrzywiłem się nie zauważywszy ani jednego niedźwiedzia.
-Musiały przenieść się wyżej...- mruknąłem z westchnieniem, na co wadera po prostu się zaśmiała.
-Więc może przyspieszymy kroku? Przecież nie możemy się spóźnić z posiłkiem!- rzuciła gnając przed siebie, wzdłuż rzeki.
Zamrugałem kilkakrotnie czując na pysku nieco uszczypliwy wiatr po czym udałem się w ślad za alfą. Czułem, że to będzie udane polowanie.
Jung Yunge czy znajdziemy misia dla naszych braci i sióstr?
Subskrybuj:
Posty (Atom)